Wspomnienie z podróży do Zhangjiajie
Agata Gramacka Chiński sposób na góry i uliczne życie towarzyskie i o tym, jak długotrwała „polityka jednego dziecka" wpłynęła na postrzeganie naszej pięcioosobowej rodziny w chińskiej przestrzeni…
- Od września 2026 r. biologia i geografia zostaną połączone w nowy przedmiot „Przyroda"
- Obowiązkowa edukacja zdrowotna zastąpi dotychczasowe WDŻ – rodzice mają prawo do wglądu w program
- Zmiany obejmą szkoły podstawowe (klasy 4–8) oraz licea i technika
- Rodzice mogą złożyć pisemny sprzeciw wobec wybranych treści – wzór pisma w artykule
Agata Gramacka
Chiński sposób na góry i uliczne życie towarzyskie i o tym, jak długotrwała „polityka jednego dziecka" wpłynęła na postrzeganie naszej pięcioosobowej rodziny w chińskiej przestrzeni publicznej
Zhangjiajie – aby dobrze wymówić to słowo trzeba tam być i usłyszeć je tysiąc razy z głośników i megafonów przekrzykujących się nawzajem przewodników. Każdy z nich swojej grupce podopiecznych opowiada z krzykliwą, chińską manierą o Parku Narodowym Wulingyuan, potocznie zwanym od nazwy największego miasta w okolicy – właśnie Zhangjiajie.
Wybraliśmy pobyt w górach w Chinach. Zdawało się, że to będzie dobra alternatywa dla przeludnionych miast. Góry, piękne widoki, spokój i cisza szlaków wśród natury. Tak sobie wyobrażaliśmy najbliższe dwa tygodnie, gdy pociąg wiozący nas na miejsce przecinał kolejne niesamowite skały, wodospady i krajobrazy.
Już samo dostanie się do Zhangjiajie było przygodą! Najpierw kilkunastogodzinna jazda pociągiem sypialnym z Xi'an do Changshy. Potem kolejne kilka godzin „podmiejskim" pociągiem, gdzie prawdziwie poznaliśmy, co oznacza podróż lokalnymi środkami transportu. Wystarczy powiedzieć, że na końcu podróży konduktor wielką szczotą zmiatał tony śmieci z podłogi, wraz z klejącymi się do niej resztkami jedzenia, pomieszanymi z niedopałkami papierosów i wszystkim innym, co podróżni bezceremonialnie wyrzucali lub spluwali na podłogę.
Na dworcu czekał na nas umówiony właściciel – na oko dwudziestoparolatek – obiektu – w którym mieliśmy przez najbliższy czas przebywać. Płynność jego wypowiedzi w po angielsku w języku mówionym, nie pokrywała się z płynnością na bookingu... Znał kilka słów, wystarczająco jednak, żeby nas poinformować o długości i jakości czekającej nas drogi. „Very bad road, 2 hours, very bad road"– powtarzał kilka razy, odpowiednio kształtując nasze oczekiwania co do komfortu dalszej jazdy.
Wymęczeni dotychczasową podróżą praktycznie od razu zasnęliśmy, a w półśnie mijane place budowy, niedokończone wiadukty, po których jechaliśmy, wydały się tylko senną marą. Zdaliśmy się całkowicie na młodego kierowcę, bo dobrze mu patrzyło z oczu.
Na miejscu z naszym gospodarzem dogadywaliśmy się wyśmienicie – korzystał z tłumacza w telefonie. Zwierzył się, że nieustająco ma plan nauczyć się angielskiego ze względu na swoich zagranicznych gości, ale nie idzie mu najlepiej, także woli korzystać z tłumacza. Za to wyśmienicie wychodzą mu dokonania kulinarne – specjalnie dla Europejczyków nauczył się piec bułeczki! Chińczycy nie zwykli jeść pieczywa, więc te bułki były dla nas wielkim rarytasem!
A co zwykli robić Chińczycy?
Zwykli robić hałas, bo są bardzo głośni.
Tembr głosu mają inny, dla nas wydaje się on po prostu zbyt głośny. Prawdziwe zaskoczenie, zakrawające o rozżalenie spotkało nas jednak, gdy wyruszyliśmy „na szlak".
Główny system zwiedzania gór Zhangjiajie to grupy turystów, przemieszczające się w około pięćdziesięciu osobowych zbiorowiskach, z przewodnikiem uzbrojonym w szczekaczkę. Koniec słyszalności jednej szczekaczki zlewa się z początkiem kolejnej. Gdzieniegdzie na odgłosy megafonów nakładają się nawoływania sklepikarzy lub zaganiaczy do atrakcji, typu zdjęcie w regionalnych strojach.
Na szczęście grupy z przewodnikiem nie chodzą na bardziej wymagające szlaki, prowadzące w głąb kanionów. Ponad pięćset metrów schodami w dół – a potem te schody także trzeba pokonać do góry (jedynie w kilku miejscach są windy lub wyciągi). Dzięki temu można podziwiać ostańce skalne z innej perspektywy. Tam, na dole parku znajdowaliśmy namiastkę górskiego spokoju, którego tutaj się spodziewaliśmy.
Park Narodowy Wulingyuan to góry z milionami sterczących z dna doliny ostańców skalnych. Przy mglistej pogodzie wydają się one pływać wśród chmur – i to właśnie te widoki były inspiracją dla scenografii Avatara, jako pierwowzór krainy Pandora. Swoją drogą, to właśnie Avatar przyniósł tym górom ogromną popularność.
Chińczycy zwykli spędzać czas razem, przy otwartych drzwiach, nawet, gdy jest zimno.
W Zhangjiajie byliśmy późną jesienią. Zaczynały się bardzo chłodne dni z towarzyszącą im jesienną słotą. W Polsce w tym czasie włączamy już ogrzewania i najchętniej nie wychylamy nosa poza ciepłe cztery ściany. Tutaj jest inaczej. Życie towarzyskie toczy się głównie na zewnątrz. Wynika to z tego, że domostwa nie są duże. Gości zatem przyjmuje się na zewnątrz, względnie w holu, przy stoliku nakrytym kocem. Zasiadając przy takim stoliku, warto wsunąć nogi pod koc – ciepła dodaje piecyk gazowy, dobrze ukryty pod stołem. W ten sposób spędzają długie godziny rozmawiając, grając w karty, czy – nomen omen – w chińczyka.
Zwykli... nie mieć więcej niż jedno dziecko w rodzinie
- San – to słowo słyszeliśmy w Chinach bardzo często, towarzyszył mu gest wskazywania trzech palców i niedowierzanie w oczach, gdy Chińczycy spotykali nas z trójką dzieci.
Nietrudno się było domyślić, że san oznacza trzy. Natomiast niedowierzanie w oczach kryło w sobie znacznie więcej niż tylko niecodzienne spotkanie z młodymi ludźmi innej rasy.
Z biegiem dni i kolejnego wytykania palcami, fotografowania naszych dzieci i nas jako „odmieńców", dowiadywaliśmy się coraz lepiej, dlaczego budzimy niedowierzanie, zachwyt, a niekiedy zdegustowanie i odrazę.
Od 1977 do 2015 roku w Chinach panowała tak zwana „polityka jednego dziecka". Rząd, chcąc powstrzymać ogromny wzrost demograficzny wprowadził prawo, zabraniające mieć więcej niż jednego potomka. Były wprawdzie wyjątki i prawo było modyfikowane przez lata, jednak prawie 40 lat tak drastycznego prowadzenia kontroli narodzin prowadził do wielu wynaturzeń i wypaczeń.
Chińczycy woleli mieć potomka płci męskiej, który gwarantował przedłużenie rodu, co doprowadziło do obecnie nieproporcjonalnego podziału społeczeństwa. Na 100 kobiet przypada 120 mężczyzn. Prowadzi to do kolejnych konsekwencji: ruchów społecznych, na przykład emigracji mężczyzn w poszukiwaniu partnerek czy ruchów feministycznych prowadzących do uniezależniania się kobiet, czego przykładem jest będąca singielką prezydent Tajwanu – z jednej strony budzącą podziw i respekt, a z drugiej strony niezadowolenie tradycjonalistycznej części społeczeństwa.
Historia tego nierównego podziału płci w Chinach kryje w sobie bardzo mroczne aspekty, takie jak aborcje w późnym okresie ciąży, gdy miała przyjść na świat dziewczynka a nie chłopiec. Problem boleśnie też dotykał rodzin, które spodziewały się kolejnego dziecka: znane są przykłady ingerencji tajnych funkcjonariuszy, dokonujących aborcji na siłę. Włos się jeży na myśl o tragediach rodzinnych tamtych czasów...
Obecnie polityka została poluzowana. Nie bez powodu. Społeczeństwo chińskie zaczęło się starzeć. Młodych ludzi jest tak mało w stosunku do części społeczeństwa w podeszłym wieku, że powstał model tzw. 4+2+1. Oznacza to, że jedno dziecko będzie musiało utrzymywać (zarobić na świadczenia) dla dwójki rodziców i czwórki dziadków.
Zniesienie zakazu posiadania więcej niż jednego dziecka nie zdało się na wiele. Rodziny chińskie wiedzą jak drogie w ich kraju jest wychowanie dziecka, tak aby zagwarantować mu godny start w wymagającym społeczeństwie. Nie decydują się na kolejne, bo ich na to nie stać. Problem zatem pogłębia się bardziej.
Nie dziwią nas już kolejni mijani przechodnie ze stwierdzeniami „san". W ich oczach uchodzimy za wariatów albo ogromnych bogaczy – skoro „stać" nas na trójkę dzieci.
Nasz gospodarz jest bardzo przyjazny. Pyta, co lubimy jeść, bo przygotowuje dla nas posiłki. Pokazuje, jak należy spożywać ich tradycyjne potrawy. Nie jest jednak zbyt wylewny, gdy chodzi o swoją rodzinę. Jego żona jest w zaawansowanej ciąży. Po domu nie kręci się żadne dziecko, z czego wnioskujemy, że to będzie ich pierworodne. Gospodarz planuje po porodzie na jakiś czas zamknąć hostelik – nie wie, czy będzie w stanie prowadzić go dalej z małym dzieckiem w domu.
Po zakończeniu pobytu w Zhangjiajie mieliśmy jechać, telepiąc się do stacji kolejowej lokalnymi autobusami. Gospodarz jednak zaproponował, że podwiezie nas, bo i tak jedzie do miasta – tego oddalonego o 2 godz. remontowanej drogi.
Pakujemy się zatem znów do busika. Młody gospodarz wciska jeszcze między nas miskę, koce i tetrowe zawiniątka.
- Żona rodzi, jadę ich odebrać ze szpitala! – tłumaczy.
Po drodze nie był zbyt rozmowny. Zatopiony w myślach, nie chciał się dzielić tym, co kołatało mu się po głowie. Na dworcu kolejowym pożegnał nas serdecznie, ale w jego oczach widać było strach przed nieznanym.
Mamy jednak nadzieję, że patrząc na naszą rodzinę nabrał więcej ufności, a nasza wesoła i pozytywna gromadka dodała mu otuchy na długie lata rodzicielstwa, jakie go czekają!
Dla nas rodzina, dzieci, to największa i najważniejsza przygoda życia.
I żadna polityka ani pro, ani anty tego nie zmieni.
Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło pakiet zmian, który wejdzie w życie już od nowego roku szkolnego 2026/2027. Reforma jest najszersza od ponad dekady i dotyczy zarówno podstawy programowej, jak i struktury przedmiotów oraz systemu oceniania. Dla wielu rodziców zmiany te są zaskoczeniem – tym bardziej, że konsultacje społeczne trwały zaledwie kilka tygodni.
Co dokładnie się zmienia?
Najgłośniejszą zmianą jest połączenie biologii i geografii w jeden przedmiot o nazwie „Przyroda i środowisko". Ministerstwo argumentuje, że takie podejście pozwoli na bardziej holistyczne nauczanie o świecie naturalnym. Środowisko nauczycielskie jest jednak podzielone – część pedagogów uważa, że reforma pozbawi uczniów pogłębionej wiedzy z obu dziedzin.
„Połączenie biologii z geografią to krok wstecz. Uczniowie będą uczyć się wszystkiego po trochu, ale niczego dogłębnie. To przepis na powierzchowność."
— dr Marek Wiśniewski, biolog, Uniwersytet Warszawski
Drugą, równie kontrowersyjną zmianą jest wprowadzenie obowiązkowej edukacji zdrowotnej, która zastąpi dotychczasowe Wychowanie do Życia w Rodzinie. Nowy przedmiot ma obejmować zagadnienia zdrowia fizycznego, psychicznego oraz – co budzi największe kontrowersje – edukację seksualną według standardów WHO.
Prawa rodziców – co możesz zrobić?
Wielu rodziców pyta, czy mają jakiekolwiek narzędzia, by wpłynąć na to, czego uczy się ich dziecko. Odpowiedź brzmi: tak. Polskie prawo oświatowe daje rodzicom kilka konkretnych możliwości działania.
- Prawo do wglądu w materiały dydaktyczne i podręczniki
- Prawo do złożenia pisemnego sprzeciwu wobec wybranych treści
- Prawo do uczestnictwa w radzie rodziców i wpływu na szkolny program wychowawczy
- Prawo do wnioskowania o zwolnienie dziecka z konkretnych zajęć (za zgodą dyrektora)
Warto pamiętać, że rada rodziców ma prawo opiniować szkolny program wychowawczo-profilaktyczny. Jeśli program ten jest niezgodny z Waszymi wartościami, możecie złożyć oficjalną opinię negatywną. Choć dyrektor nie jest nią związany, stanowi ona ważny głos w dyskusji.
Harmonogram wdrożenia reformy
Publikacja nowej podstawy programowej
MEN opublikowało projekt nowej podstawy programowej w Dzienniku Ustaw.
Konsultacje społeczne
Trwały zaledwie 3 tygodnie. Wpłynęło ponad 12 000 uwag od rodziców i nauczycieli.
Szkolenia nauczycieli
Obowiązkowe szkolenia dla pedagogów z nowych przedmiotów i metod oceniania.
Wejście w życie reformy
Nowe przedmioty i programy nauczania obowiązują we wszystkich szkołach publicznych.
Opinie ekspertów i organizacji rodzicielskich
Koalicja Rodziców i Organizacji Społecznych (KROPS) wydała oficjalne stanowisko, w którym sprzeciwia się wprowadzeniu edukacji zdrowotnej w proponowanym kształcie. Organizacja zgromadziła ponad 85 000 podpisów pod petycją do Ministerstwa.
Jeśli chcesz wyrazić swoje zdanie na temat reformy, masz czas do 15 maja 2026 r. Uwagi możesz składać przez platformę konsultacji MEN lub bezpośrednio do rady rodziców w swojej szkole.
Reforma budzi emocje po obu stronach. Zwolennicy wskazują na potrzebę modernizacji polskiej edukacji i dostosowania jej do wyzwań XXI wieku. Przeciwnicy obawiają się ideologizacji szkoły i naruszenia praw rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi wartościami.
Jedno jest pewne – wrzesień 2026 przyniesie polskim szkołom zmiany, których skutki będziemy odczuwać przez lata. Warto być świadomym rodzicem i aktywnie uczestniczyć w życiu szkoły swojego dziecka.

Komentarze
Napisz komentarz
Komentarze są moderowane — Twój wpis pojawi się po zatwierdzeniu przez redakcję.