Powrót do szkoły. Czy cieszy?
„Wreszcie wyjdą z domu na dłużej, odetchnie pani, będzie w domu trochę spokojniej, nie będzie się musiała pani tyle nimi zajmować...
Dzieci wracają do szkoły - i choć wielu rodziców odetchnie z ulgą, warto się zatrzymać i zapytać: czym tak naprawdę jest dla nas ten powrót?
Radość rodziców, radość dzieci - czy to to samo?
Pewnie niejedna mama widziała ten żart obrazkowy: rodzicielka stoi w drzwiach domu i radośnie macha na pożegnanie dzieciom odzianych w mundurki, z tornistrami na plecach. Dzieci odwracają się ze zdziwieniem: „Ale mamo! Szkoła zaczyna się dopiero w przyszłym tygodniu!" - na co mama odpowiada spokojnie: „Wiem, wiem, po prostu powolutku sobie idźcie." Śmiech śmiechem, ale coś w tym obrazku niepokoi.
W ostatnich dniach coraz częściej słyszę od rodziców, pań w sklepie, znajomych i sąsiadów, że to wspaniale, że dzieci mogą wreszcie wrócić do szkoły. Kiedy dowiadują się, że mam pięcioro dzieci, szybko dodają: „To musi być dla pani duża ulga i radość. Wreszcie wyjdą z domu na dłużej, odetchnie pani, będzie spokojniej, nie będzie się musiała pani tyle nimi zajmować, ktoś im zorganizuje czas, będą mogli w świetlicy pobyć… To jest dobre dla dzieci. Pewnie! Tyle się w domu nasiedziały - niech idą."
Czekamy na szkołę - ale z właściwych powodów
Cieszę się, że moje dzieci wracają do szkoły, ale to raczej radość z ich radości - nie moja własna ulga. Owszem, nie wszyscy są entuzjastyczni (licealistka zdecydowanie nie), ale generalnie czekają na ten dzień. Cieszą się na spotkania z kolegami i koleżankami, czasem nawet z nauczycielami - choć to raczej domena przedszkolaków. Cieszę się, bo znowu się czegoś o sobie nauczą, z czymś się zmierzą - jedna z naszych córek po raz pierwszy w życiu będzie zdawała egzamin - może nawiążą nowe przyjaźnie, które przetrwają całe życie. Bo chodzenie do szkoły to nie tylko lekcje, egzaminy, sprawdziany, świetlica, testy, czytanie, pisanie i liczenie.
Ale szkoła to też nie jest pomysł na zorganizowanie dzieciom czasu, żeby rodzice mieli chwilę spokoju. Niektórzy niejako oddają dziecko do placówki szkolnej czy przedszkolnej, by tam „się nim zajęli" - a odbierają je później jak gotowy produkt, wymagając, by znało dwa języki obce, fantastycznie radziło sobie z przedmiotami ścisłymi i przyrodniczymi, było mistrzem szkoły w sporcie, a przy tym darzyło szacunkiem starszych i umiało się zachować na rodzinnych uroczystościach. Tyle że tego nie nauczy nawet najwspanialszy nauczyciel na świecie - to wynosi się z domu, z bycia wśród najbliższych, z obserwacji świata dorosłych w ich naturalnym środowisku.
Bliskość, której nie zastąpi żadna szkoła
Pamiętam historię opowiadaną mi przez mamę siedmiu córek. Zanim przeprowadzili się do większego lokalu, mieszkali w dwóch pokojach z kuchnią i łazienką - piętrowe łóżka zrobione przez tatę, wszędzie biurka, szafki, krzesła. Czy było im ciężko? Na pewno tak, ale właśnie ta ciasnota spajała ich i rodziła mnóstwo radości, śmiechu i prawdziwego bycia razem. Koleżanki z klasy, które przychodziły w odwiedziny, mówiły bez wyjątku: „Ale macie tu fajnie. Tak wszyscy razem! Tak blisko." Może nie miały tego w swoich domach - ale bez wyjątku wszystkie były pod wrażeniem tej rodzinnej bliskości.
Wizja powrotu moich dzieci do szkoły - nowych przepisów sanitarnych, ogromu lekcji, nadrabiania zaległości po nauczaniu zdalnym i nieuchronnego zmęczenia fizycznego oraz psychicznego - wcale nie napawa mnie euforią. Nie było nam tak źle razem w tych ostatnich miesiącach. Nauczyliśmy się ze sobą spędzać naprawdę dużo czasu. Starszaki poczuły się naprawdę starszym rodzeństwem dla przedszkolaków, a przedszkolaki nabrały pewności siebie i rozwinęły mnóstwo nowych umiejętności - i to wszystko bez pomocy nauczycieli, podręczników czy supergadżetów.
Nie dajmy się wciągnąć w wir zajęć poza domem
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy miał warunki, by zorganizować dzieciom naukę w domu. Że przebywanie ze sobą przez tyle godzin, często na małym metrażu, bywało trudne, frustrujące i przytłaczające. Dla niektórych powrót dzieci do szkoły może być swoistym błogosławieństwem - i nie neguję tego, nie oceniam, rozumiem.
Proszę jednak - nie dajmy się teraz wciągnąć w zaklęty krąg zajęć dla dzieci poza domem. Dzieci potrzebują naszej obecności w ich życiu: wspólnych posiłków, czasu na wysłuchanie problemów i radości, wspólnych wyjść. Tych możliwości jest cała masa. Jeśli w domu będą się czuły kochane, potrzebne i zaopiekowane, nie będzie im potrzeba niczego więcej. Oceny na świadectwie i wiedza podręcznikowa nie definiują ich jako ludzi.
Bądźmy z dziećmi, bo jeśli nie teraz, to kiedy?
Może to jest rok na prawdziwe zmiany?
Może warto potraktować ten wyjątkowy rok szkolny jako szansę na przewartościowanie priorytetów. Więcej umiejętności życiowych, mniej pogoni za piątkami i szóstkami na świadectwie. Więcej obecności, mniej zajęć dodatkowych wypełniających każdą wolną chwilę dziecka.
- Znajdź codziennie czas na wspólny posiłek bez telefonu i telewizji.
- Pytaj dzieci nie tylko o oceny, ale o to, co je dziś ucieszyło lub zasmuciło.
- Pozwól dzieciom się nudzić - nuda to przestrzeń dla kreatywności.
- Angażuj dzieci w codzienne domowe obowiązki - to najlepsza szkoła życia.
- Pamiętaj, że Twoja obecność jest dla nich ważniejsza niż kolejne zajęcia pozalekcyjne.
Do tego potrzeba odwagi - odwagi, by iść pod prąd, gdy wszyscy wokół mówią, że dzieci powinny być czymś wypełnione od rana do wieczora. Jeśli nie my, rodzice, to kto ma sobie z tym poradzić?

Komentarze
Napisz komentarz
Komentarze są moderowane — Twój wpis pojawi się po zatwierdzeniu przez redakcję.