Pierwszego września, kiedy dzieci ustawiają się przed drzwiami domu w galowych strojach, a my pospiesznie robimy im zdjęcia, trudno nie zastanowić się, czy szkoła to jedyna słuszna droga.

Lata szkolnych doświadczeń

Lubię ten coroczny rytuał: starsze dzieci rozchodzą się do swoich placówek, młodsze wracają do domu, a w albumie przybywa kolejna fotografia. Czasem jeden rok umyka, czasem następuje jakieś zawirowanie, ale ogólna dokumentacja procesu wychodzenia z domu do szkoły trwa i trwa. Patrząc na te zdjęcia, mimowolnie wraca się myślami do wszystkiego, co po drodze się wydarzyło.

Z tą szkołą różnie bywało. Mamy już dość długie doświadczenia - raz lepsze, raz gorsze. Pamiętamy tych, którzy chcieli się uczyć, ale zachowanie dużej klasy jakoś im to uniemożliwiało. I tych, którzy nie nadążali w klasie, więc potem musieli wszystko nadrabiać w domu. Mamy w domu dzieci, które wypominają nam, że nigdy ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na edukację domową, a także takie, które kategorycznie odmawiały nawet rozmowy na ten temat - one chciały być w szkole.

Mieliśmy ze dwie przymiarki do alternatywnej metody edukacji, obie ostatecznie porzucone na rzecz szkoły mniejszej i wyjątkowej. Zawsze pozostawała jednak miła świadomość, że jeśli i tu coś zawiedzie, jest jeszcze możliwość uczenia się w domu. Przez ostatnie miesiące wielokrotnie z zazdrością przypominałam sobie kuzynkę męża, która pewnego września oświadczyła, że zabiera dzieci ze szkoły, bo i tak prawdziwej nauki nie będzie - tylko ślęczenie godzinami przed komputerem. Miała rację. Szkoda, że sami o tym nie pomyśleliśmy.

Czym różnią się dzieci z edukacji domowej?

Rozglądając się po znajomych rodzinach, widzę to wyraźnie: dzieci wychowywane w edukacji domowej są inne. Bardziej zaradne, pewne siebie, pełne pasji i nietuzinkowych pomysłów. Biorą też odpowiedzialność za własną naukę. Oczywiście - nie wiem, jak wygląda to u wszystkich, bo zwykle na oczy trafiają te przypadki, które radzą sobie lepiej.

Widzę jednocześnie, że ich rodzice są wyjątkowo zaradni i zorganizowani, mają pasje, którymi chętnie zarażają swoje pociechy, i są głęboko przekonani do swojego stylu życia. I właśnie to przekonanie przeraża mnie najbardziej - bo ja nie dałabym rady. Nie umiałabym tak zorganizować życia rodzinnego, żeby domowa nauka przynosiła dzieciom realne korzyści, a jednocześnie zapewnić im życie towarzyskie, kontakty rówieśnicze i rozwijanie zainteresowań. Dostrzegam te wszystkie zalety - i szczerze nie czuję się na siłach.

Czego nie zastąpi dom

Dzieci też specjalnie nie popychają mnie ku takiemu rozwiązaniu. Wyjątkiem jest Panna T., która zakończyła naukę szkolną z głębokim przekonaniem, że sama poradziłaby sobie lepiej, gdyby niektórzy nauczyciele - a zwłaszcza inni uczniowie - jej nie przeszkadzali. Ale już technikum z przedmiotami zawodowymi trudno przenieść na grunt domowy.

Podobnie rzecz się ma ze szkołą dla chłopców, gdzie jest duża grupa rówieśników, którzy śmieją się z tych samych żartów i równie chętnie grają w piłkę przy każdej okazji - i bez okazji. Pewnych doświadczeń i relacji po prostu nie da się odtworzyć w domowym zaciszu i żadna alternatywa ich nie zastąpi.

W poszukiwaniu lepszej szkoły

Czy zdarzyło mi się mieć już zupełnie dość szkoły naszych dzieci? Wielokrotnie. Czasem udawało się trudności pokonać na miejscu, a czasem trzeba było zmienić placówkę - poszukać innej, mniejszej, bardziej przyjaznej, podzielającej nasze wartości i pomagającej w wychowaniu. Szukającej coraz lepszych rozwiązań nawet w obliczu nauczania zdalnego i izolacji. Nieraz okazywało się, że szkoła świetnie sprawdzająca się w zwykłych warunkach, w tych ekstremalnych zupełnie nie zdała egzaminu.

Bywałam w domach, gdzie całe ściany w kuchni przyozdobione były plakatami edukacyjnymi. Słyszałam wypowiedzi w rodzaju:

Nareszcie nie spędzamy całych dni w samochodzie, żeby wszystkich dowieźć na zajęcia. Nareszcie mamy nasze nastolatki w domu i możemy prowadzić z nimi długie dyskusje.

Nie trzeba dodawać, że nie są to słowa rodziców, którzy oboje pracują na pełen etat gdzieś w dużej firmie na drugim końcu miasta - ani rodziców jedynaków, stęsknionych za jakimkolwiek towarzystwem.

Edukacja domowa to styl życia całej rodziny

Mam jednak jedną dość ogólną obserwację. Znam wiele rodzin, które nigdy nie posłały dzieci do szkoły - i nigdy nie słyszałam, żeby były z tej decyzji niezadowolone. Znam sporo rodzin, które w trakcie edukacji postanowiły przejść na model domowy. Nie znam żadnej, która z edukacji domowej posłałaby dzieci z powrotem do szkoły.

I nieprzypadkowo piszę tu o rodzinach, a nie o indywidualnych dzieciach - bo zwykle edukacja domowa oznacza przyjęcie takiego stylu życia przez wszystkich jej członków. Podziwiam ich szczerze, choć na razie nie naśladuję. Ale lubię wiedzieć, że jest taka możliwość.

Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay.com

Baner790x105 Zakonczenie artykułu WERSJA 4