Posłać dziecko do szkoły muzycznej - to decyzja, która wymaga determinacji zarówno od dziecka, jak i od całej rodziny. Ale czy warto? Joanna Sztaudynger opowiada o tym z perspektywy mamy, która sama siebie zaskoczyła.

Skąd wziął się taki wybór?

Przez wiele lat z podziwem obserwowałam zaprzyjaźnione rodziny, które decydowały się posłać wszystkie swoje dzieci do szkoły muzycznej. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że akurat wszystkie mają na to ochotę. Nauka w takiej szkole to duży wysiłek - i dla dziecka, i dla rodziców - i wymaga determinacji. A ta nie jest możliwa, jeśli nie znajdzie się odpowiedzi na pytanie: po co dziecku szkoła muzyczna?

Przecież jest tyle możliwości, by rozwijać się artystycznie: ogniska muzyczne, zajęcia w domach kultury, prywatne lekcje, nawet online. Opcji jest mnóstwo, a wspaniałych, inspirujących nauczycieli można spotkać wszędzie. Dlaczego więc niektórzy wybierają jednak szkołę muzyczną? Opowiem, jak było u nas. Żadne z nas - ani ja, ani mąż - nie gra na instrumencie. Nigdy, nic, w ogóle. Lubimy muzykę, słuchamy jej, czujemy, odkrywamy, doceniamy - ale wyłącznie jako odbiorcy. Do głowy nam nie przyszło, by posłać dziecko do szkoły muzycznej. Zniechęcające było również to, że cieszy się ona niesłabnącym zainteresowaniem, a rekrutacja bywa bardzo konkurencyjna.

Decyzję podjęła za nas najmłodsza córka. Gdy miała siedem lat, zauważyła w mieście plakat informujący o naborze do szkoły muzycznej. Bagatelizowaliśmy ten pomysł za każdym razem, gdy o nim przypominała - pojechaliśmy na wakacje, a ona nadal nie odpuszczała. Każdy rodzic wie, że siedmiolatek myśli trzeźwo i doskonale orientuje się w sytuacji: do internetu można zajrzeć prawie wszędzie, formularz zapisu można wypełnić, siedząc na pomoście na Mazurach. Można? Można.

Dobra organizacja - i odpowiedzialność oddana dziecku

Gdy we wrześniu zaczęły się zajęcia i powoli układaliśmy sobie w głowie, z czym wiąże się nauka gry na fortepianie, postanowiliśmy oddać odpowiedzialność za naukę córce. Moje zadanie jako mamy jest jasno określone: dbam o punktualność, wyposażenie, instrument w domu i kontakt z nauczycielami. Troszczę się też o to, by w czasie wolnym znalazło się miejsce na ćwiczenie. Nic więcej.

Nadal nie potrafię czytać nut. Nie sprawdzam zeszytów, nie zaganiam do grania, nie wymuszam, nie stawiam warunków w stylu: jeśli nie pograsz, nie idziesz do koleżanki. Mogę przypomnieć, pomóc wygospodarować czas, towarzyszyć i pomagać znieść frustrację, gdy coś nie wychodzi - ale nic na siłę. Zapewniam córkę, że decydujemy się na naukę gry na instrumencie tylko wtedy, gdy ona sama tego chce. Tylko wtedy, gdy pomimo trudności, ciężkiej pracy i chwilowego zniechęcenia w jej głowie pojawia się myśl: chcę.

Jeśli się chce - nawet w ostatniej chwili

Zaczął się kolejny wrzesień i nadal jest: chcę. Co więcej, nasz najstarszy syn w ostatnim możliwym momencie też zdecydował się zdawać do szkoły muzycznej - rekrutacja przeplatała się z egzaminami ósmoklasisty. Szkołę muzyczną I stopnia można zacząć do 16. roku życia, więc załapał się rzutem na taśmę. Dwie nowe szkoły naraz, dużo obowiązków. Podejście mamy pozostaje jednak podobne: wspieramy, pomagamy logistycznie, ale odpowiedzialności za granie nie przejmujemy. Młodzieńcowi nawet nie przypominamy, że trzeba ćwiczyć. To wiadomo - jeśli się chce.

Co daje muzyczna edukacja - więcej niż gra na instrumencie

Zachwyca mnie proces, jaki dokonuje się w dzieciach uczących się muzyki. To nie tylko kwestia techniki i nut - to coś znacznie głębszego. Obserwuję, jak rozwijają się w nich:

  • umiejętność dobrej organizacji czasu i planowania,
  • zdolność do przejmowania odpowiedzialności za siebie,
  • dbałość o relację z nauczycielem podczas indywidualnych lekcji,
  • umiejętność pracy zespołowej - w chórze, orkiestrze, podczas prób,
  • radzenie sobie z tremą przed występem i uczenie się siebie,
  • cierpliwość w procesie - dźwięk po dźwięku, jedna ręka, potem druga, a potem razem.

Gdy córka siada do fortepianu, już po kilku sekundach rozpoznaję, w jakim jest nastroju. Siła, z jaką uderza w klawisze, tempo - potrafię przewidzieć, czy ma w tej chwili czułość do utworu, czy gra z łagodnością, czy się siłuje. Te wszystkie momenty konfrontują ją z samą sobą: czy potrafi współpracować z emocjami, czy potrafi sama sobie dać wsparcie, by wytrzymać chwilowe trudności. Uczy się bardzo prostej, a jednocześnie bardzo ważnej rzeczy - raz jest trudniej, raz łatwiej, ale warto iść dalej.

Tego września doszła do wniosku, że nadal warto. Nie myślę, co będzie za rok. Każdy kolejny miesiąc rozwija i kształtuje wrażliwość na sztukę, na świat - ale przede wszystkim na siebie samą. I to wystarczy.

Gdy wreszcie gra się z pamięci i można szlifować coraz subtelniejsze drobiazgi, gdy dźwięki przenikają się z naturą muzyka - robi się pięknie. Przychodzi moment swobody i delektowania się muzyką.

Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay.com

Baner790x105 Zakonczenie artykułu WERSJA 4