Jakiś czas temu Internet obiegło zdjęcie gospodyń wiejskich, nieco pulchnych, na moje oko z czasów tuż po II wojnie światowej, zebranych na podwórzu i robiących skłony, z podpisem „Cztery miechy do wakacji". Nic więcej nie trzeba było dodawać. Każdy wiedział, o co chodzi. Myślę, że nie tylko mnie rozbawił taki widok. Z chęcią posyłałam ten żart dalej, by sprawić trochę radości innym.

Tylko, że w wielu przypadkach to był śmiech przez łzy. Chwila radości i pociechy, że ten problem dotyka nie tylko mnie, a potem przychodzi gorzka refleksja, że trzeba coś ze sobą zrobić, by kolejny raz nie wstydzić się wyjść na plażę lub by w górach nie tracić tchu po wejściu na Śnieżkę, bo o wyższych szczytach nawet nie ma co marzyć. Wiem, o czym mówię, bo kiedyś miałam przydomek „Anorektyczka", a dziś sąsiadki mojej mamy mówią mi, że wreszcie wyglądam jak matka pięciorga dzieci (czytaj – widać, że przybrałaś na wadze). Zatem jako cel na ten rok postawiłam sobie „zintensyfikowanie redukcji masy ciała" (tekst usłyszany przez mojego kolegę w gabinecie lekarskim). Czuję się więc częścią tej grupy kobiet, które oczyma wyobraźni widzą siebie w wakacje z wymarzoną sylwetką, siłami witalnymi i dobrym humorem.

Mówi się, że ustalenie celu już jest sukcesem. Zatem, drogie panie, pierwszy sukces za nami! Brawo! Dalej jednak nie będzie tak łatwo. Ale wszystko, co okupione jest ciężką pracą daje na końcu najwięcej satysfakcji. Powiedzmy sobie szczerze: będzie ciężko, ale warto!

Już około stycznia, lutego, a na wiosnę to już na 100 procent, kolorowe gazety, programy telewizji śniadaniowej oraz reklamy w Internecie kuszą nas łatwym sukcesem utraty zbędnych kilogramów do wakacji. Diety cud, tabletki cud, herbatki cud, przyrządy cud – takie, co to spalają tłuszcz bez ruszania ręką czy nogą… Gdzieś podskórnie czujemy, że to jest mocno naciągane, ale z drugiej strony kusi nas, by pójść na łatwiznę i zamówić sobie jakiś specyfik („Tylko dziś w tak atrakcyjnej cenie! Oferta specjalnie dla ciebie! Spiesz się!") albo przyrząd („Wystarczy, że na godzinę założysz ten pas a tłuszcz z twojego brzucha zniknie już po kilku dniach! Nie będziesz musiała nic więcej robić"). Okraszone jest to wszystko zdjęciami kobiet „przed" i „po" zastosowaniu cudownego specyfiku lub przyrządu. Dlaczego tak nas to kusi? Bo chcemy widzieć efekt szybko i najlepiej bez nadmiernego wysiłku. Ale, jak mawia stare angielskie porzekadło, „No pain, no gain", lub mówiąc po polsku „Bez pracy nie ma kołaczy". A nasz kołacz to zgrabna sylwetka na wakacje. Zatem trzeba się brać do pracy.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdą sylwetkę jesteśmy w stanie skorygować same. Są przecież choroby, które sprawiają, że bardzo trudno nam schudnąć. Czasem nadwaga wynika również z przyjmowania leków. Nierozsądne byłoby wtedy działanie na własną rękę, bez konsultacji z lekarzem, dietetykiem czy fizjoterapeutą. Jednego jestem pewna – niewątpliwie warto spróbować. Nawet, jeśli nie uda nam się zrzucić zbędnych kilogramów czy zmienić leków na inne, które nie wywołują takiego efektu ubocznego, to na pewno warto zainwestować w swoje zdrowie ogólne, kondycję fizyczną, a przede wszystkim w dobre samopoczucie. Prawidłowo dobrane posiłki i więcej ruchu, jeśli nawet nie sprawią, że schudniemy, to na pewno pomogą nam zdrowiej żyć i dzięki temu lepiej się czuć, czy też podbudują tak ważną w obecnych czasach odporność.

Praca (jestem fizykiem, więc mam fizyczne skojarzenia) zawsze wiąże się z jakimś ruchem, przemieszczeniem. Zatem naszą pracą, by zasłużyć na kołacza, musi być ruch. Nie ma zmiłuj! Podejrzewam, co większość pań myśli na ten temat – żadne odkrycie. Ale jestem w takiej sytuacji, że nie mogę sobie pozwolić na regularne treningi. Zresztą jak? Jest pandemia! Wszystko pozamykane – sale gimnastyczne, siłownie, baseny… Gdyby były otwarte, to co innego, to już bym miała złotą kartę wstępu, harowałabym w pocie czoła na sylwetkę wakacyjną. A tak? No, niestety… Nie da się.

I mnożymy te wymówki, odwlekamy ten dzień, w którym zaczniemy dbać o siebie i zrobimy coś, by poprawić swoją sylwetkę (słynny żart „dziś mija dokładnie pięć lat, odkąd jutro zacznę biegać"). Przypominam, drogie panie, że JA też jadę na tym wózku! Wiem, jakie pokusy czają się za rogiem i ile jeszcze wymówek mogłabym podać (z autopsji oczywiście). Ale od dziś dość. Małymi kroczkami, powoli zdobędziemy te kołacze.

Sposobów na ruch jest mnóstwo. Nie będę ich wszystkich przytaczać, ale na pewno jest coś, co lubicie, co możecie robić, by się ruszać. Mieszkasz na piętnastym piętrze? Proszę bardzo! Dwa razy dziennie wejdź na górę i z powrotem? No, może na początek raz. Bieganie? Co kto lubi. Ja nie cierpię. Kijki? O! Super! Nie obciążają tak kolan, a angażują ponad 90 procent mięśni. Pływanie na razie odpada, choć aquaaerobik podobno spala najwięcej kalorii. Jeden dzień na wybranie rodzaju aktywności i do dzieła! Wspieram Was. Włosi mówią „coraggio"! Czyli „odwagi". Rozliczymy się po wakacjach.

Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay

Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło pakiet zmian, który wejdzie w życie już od nowego roku szkolnego 2026/2027. Reforma jest najszersza od ponad dekady i dotyczy zarówno podstawy programowej, jak i struktury przedmiotów oraz systemu oceniania. Dla wielu rodziców zmiany te są zaskoczeniem – tym bardziej, że konsultacje społeczne trwały zaledwie kilka tygodni.

Co dokładnie się zmienia?

Najgłośniejszą zmianą jest połączenie biologii i geografii w jeden przedmiot o nazwie „Przyroda i środowisko". Ministerstwo argumentuje, że takie podejście pozwoli na bardziej holistyczne nauczanie o świecie naturalnym. Środowisko nauczycielskie jest jednak podzielone – część pedagogów uważa, że reforma pozbawi uczniów pogłębionej wiedzy z obu dziedzin.

„Połączenie biologii z geografią to krok wstecz. Uczniowie będą uczyć się wszystkiego po trochu, ale niczego dogłębnie. To przepis na powierzchowność."

— dr Marek Wiśniewski, biolog, Uniwersytet Warszawski

Drugą, równie kontrowersyjną zmianą jest wprowadzenie obowiązkowej edukacji zdrowotnej, która zastąpi dotychczasowe Wychowanie do Życia w Rodzinie. Nowy przedmiot ma obejmować zagadnienia zdrowia fizycznego, psychicznego oraz – co budzi największe kontrowersje – edukację seksualną według standardów WHO.

Prawa rodziców – co możesz zrobić?

Wielu rodziców pyta, czy mają jakiekolwiek narzędzia, by wpłynąć na to, czego uczy się ich dziecko. Odpowiedź brzmi: tak. Polskie prawo oświatowe daje rodzicom kilka konkretnych możliwości działania.

Twoje prawa jako rodzica:
  • Prawo do wglądu w materiały dydaktyczne i podręczniki
  • Prawo do złożenia pisemnego sprzeciwu wobec wybranych treści
  • Prawo do uczestnictwa w radzie rodziców i wpływu na szkolny program wychowawczy
  • Prawo do wnioskowania o zwolnienie dziecka z konkretnych zajęć (za zgodą dyrektora)

Warto pamiętać, że rada rodziców ma prawo opiniować szkolny program wychowawczo-profilaktyczny. Jeśli program ten jest niezgodny z Waszymi wartościami, możecie złożyć oficjalną opinię negatywną. Choć dyrektor nie jest nią związany, stanowi ona ważny głos w dyskusji.

Harmonogram wdrożenia reformy

Marzec 2026

Publikacja nowej podstawy programowej

MEN opublikowało projekt nowej podstawy programowej w Dzienniku Ustaw.

Kwiecień 2026

Konsultacje społeczne

Trwały zaledwie 3 tygodnie. Wpłynęło ponad 12 000 uwag od rodziców i nauczycieli.

Maj–Czerwiec 2026

Szkolenia nauczycieli

Obowiązkowe szkolenia dla pedagogów z nowych przedmiotów i metod oceniania.

Wrzesień 2026

Wejście w życie reformy

Nowe przedmioty i programy nauczania obowiązują we wszystkich szkołach publicznych.

Opinie ekspertów i organizacji rodzicielskich

Koalicja Rodziców i Organizacji Społecznych (KROPS) wydała oficjalne stanowisko, w którym sprzeciwia się wprowadzeniu edukacji zdrowotnej w proponowanym kształcie. Organizacja zgromadziła ponad 85 000 podpisów pod petycją do Ministerstwa.

Uwaga – termin składania uwag mija 15 maja 2026!

Jeśli chcesz wyrazić swoje zdanie na temat reformy, masz czas do 15 maja 2026 r. Uwagi możesz składać przez platformę konsultacji MEN lub bezpośrednio do rady rodziców w swojej szkole.

Reforma budzi emocje po obu stronach. Zwolennicy wskazują na potrzebę modernizacji polskiej edukacji i dostosowania jej do wyzwań XXI wieku. Przeciwnicy obawiają się ideologizacji szkoły i naruszenia praw rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi wartościami.

Jedno jest pewne – wrzesień 2026 przyniesie polskim szkołom zmiany, których skutki będziemy odczuwać przez lata. Warto być świadomym rodzicem i aktywnie uczestniczyć w życiu szkoły swojego dziecka.