Matka Polka i lista życzeń
Dobrze, że złote rybki nie spełniają życzeń. Trzeba by wybrać tylko trzy najważniejsze. Byłoby trudno. Naprawdę nie mogłabym się zdecydować. Postanowiłam – w zeszłym roku, żebyście nie myśleli, że to…
Dobrze, że złote rybki nie spełniają życzeń. Trzeba by wybrać tylko trzy najważniejsze. Byłoby trudno. Naprawdę nie mogłabym się zdecydować.
Postanowiłam – w zeszłym roku, żebyście nie myśleli, że to noworoczne postanowienie – że zacznę odhaczać z mojej listy marzenia do spełnienia. Macie taką listę? Ja na papierze ani w żadnym pamiętniku też nie mam. W głowie raczej i to jest lepsze, bo można o czymś zapomnieć, a po kilku latach sobie przypomnieć i jest radość. Albo można chodzić z jakąś myślą latami, by po tym czasie stwierdzić, że to jest właściwie takie marzenie do spełnienia.
Nie mówię o mężu, dzieciach i domku z ogródkiem, bo o tym już kiedyś pisałam – że moje małżeństwo jest spełnieniem wszystkich marzeń. Marzyłam o mężu, który byłby wysoki, potrafiłby grać na gitarze i śpiewać, no i żebyśmy mieli gromadkę dzieci i dom z ogródkiem. To się spełniło! Ale mam też inne, takie gdzieś tam (dotąd) skrywane głęboko marzenia do spełnienia.
Żaden piorun mnie w głowę nie trafił, żadna żarówka się nade mną nie zaświeciła, ale dotarło do mnie, że mam takie myśli, pragnienia, marzenia, które może warto by zacząć realizować. Zaczęłam od, całkiem przypadkiem, podróży do miejsca, o którym marzyłam kilkanaście lat. I to właśnie wtedy podjęłam decyzję o spełnianiu kolejnych marzeń. Byliśmy z mężem służbowo we Włoszech, ale postanowiliśmy zrobić z tego trochę taką randkę. Polecieliśmy kilka dni wcześniej, zatrzymaliśmy się u mojej koleżanki z lat szkolnych. Konferencja jednak nie była w Rzymie, a na wybrzeżu. Jakoś się tam musieliśmy dostać. Mąż koleżanki – rodowity Włoch z dziada pradziada poszukał nam różne połączenia kolejowe, autobusowe i nie wyglądało to wcale tak korzystnie, jak wynajęcie auta. Wzięliśmy auto, bo okazało się, że zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od naszego miejsca docelowego jest właśnie TO miejsce, o którym marzyłam. No nie zdecydowalibyście się? Właśnie! Dlatego napisałam, że przez przypadek spełniłam marzenie. No i wtedy się to wszystko zaczęło! Wyjeżdżałam stamtąd z mocnym postanowieniem, że kolejna rzecz na mojej liście do spełnienia, o której marzę od trzydziestu (!!!!!) lat, będzie następna! A dziś postanawiam – jesteście tego świadkami – że biorę się za siebie, bo czas ucieka, a kondycja się sama nie zrobi! Choćbym miała jeść suchy chleb, a resztę odkładać na bilet – polecę i pójdę. Bo marzy mi się pielgrzymka do Santiago de Compostella. Piesza! A z moimi treningami na razie kiepsko. Ale jak się za siebie nie wezmę, to odpadnę pierwszego dnia, a wtedy ci, którzy chcą mnie powstrzymać powiedzą: A nie mówiłem (-am)! Za ciężkie to dla ciebie.
Bo hamulcowi zawsze będą! To im dałam się nabierać przez te wszystkie lata, że to nie ten czas, że nie mam kasy, że jak to? Ty sama chcesz iść? Ale BASTA! Odtąd każda złotówka zarobiona dodatkowo idzie na ten cel. Pudełeczko takie sobie zrobiłam i tam tę kasę chowam! Grosz do grosza… Jak mawia stare porzekadło. Sauna ogródkowa musi poczekać (na liście też jest).

Mam też inne – mniejsze marzenia. Te staram się realizować na bieżąco. Ot choćby takie, żeby się wyspać! Ale tak porządnie! No i ostatnio się wyspałam, bo byłam w szpitalu. Miałam operację i dzień przed nią pani anestezjolog poleciła mi, bym na noc wzięła „tabletkę na lepszy sen".
- Ale ja, pani doktor, to śpię jak niemowlę! Żaden problem. Prześpię całą noc bez tej tabletki.
- Jednak zachęcam. Różnie bywa. To nie jest pani dom ani łóżko. Lepiej, żeby była pani wyspana.
No to wzięłam. Spałam całą noc, nawet przesuwanie łóżek przez panią salową mnie nie obudziło o szóstej rano. Spałam do dziesiątej chyba. Aż się bałam, czy nie zapomną o mnie. Wzięli mnie na salę dopiero o trzynastej. Tam kolejna dawka „usypiaczy". Ledwo mnie wybudzili i zapytali, jak się czuję, a ja na to: „Spać mi się chce". No to niech sobie pani śpi. No i spałam. Kolację prawie przespałam. A kolacja w szpitalu, to wiadomo, na siedemnastą. Czułam się jak nowonarodzona! To pokazuje, że marzenia można spełniać nawet w tak mało sprzyjających okolicznościach, jak operacja w szpitalu. Grunt to widzieć pozytywy! Ale tydzień już minął i zapomniałam, że się tak wyspałam. Znów wstawanie przed szóstą i kładzenie się o dwudziestej trzeciej. Mimo to, w moim wirtualnym notesie odhaczyłam kolejne małe marzenie.
Zatem ODWAGI! Nie bójcie się marzyć. Tak malutko i tak z rozmachem! O rzeczach codziennych i takich WOW! Przede wszystkim zacznijcie je realizować! Powoli, małymi krokami… Zobaczycie, jak z czasem nabierzecie apetytu na więcej! Powodzenia.
Ja za tydzień zacznę treningi, na razie jeszcze po operacji nie mogę. Dajcie znać, jak wam idzie odhaczanie listy.


Komentarze
Napisz komentarz
Komentarze są moderowane — Twój wpis pojawi się po zatwierdzeniu przez redakcję.