Niestety jeszcze nie było nam dane poznać jakiegoś chłopaka, z którym spotykałyby się nasze córki, bo zwyczajnie nie spotykały jeszcze takiego fajnego, z którym chciałyby być parą.

Najstarsza narzeka, że same życiowe niedojdy się do niej przyczepiają albo nudziarze. Naprawdę. Jeden cały czas opowiadał jej o dziewczynach, z którymi się rozstał albo o maturze, której nie zda. W końcu nie wytrzymała i powiedziała, że ma usiąść, zacząć się uczyć, a nie wiecznie narzekać. Inny ciągle tylko żył grami komputerowymi. Dla mnie dramat. Babcią chciałabym być, ale jak tak dalej pójdzie – marne szanse. Kryzys męskości jak nic.

Młodsza też nie ma chłopaka, ale ma kilku kolegów, z którymi czasem całą grupą z innymi dziewczynami wychodzą „na miasto", do kina albo na jakieś domówki. I kiedyś stała rozmawiając z jednym z nich, kiedy podszedł mój mąż, który miał ją stamtąd odebrać. Podjechał, wysiadł z auta, wyciągnął rękę na powitanie i się przedstawił. Tak zwyczajnie… Jak się nazywa i że jest ojcem K. Wiecie, co było potem? Oczywiście drama. Podobno gość przestraszył się tak bardzo, że rozeszła się fama, że K ma ojca, którego się wszyscy boją. Mąż stwierdził, że jak gość przestraszył się jego powitania, to zwyczajnie nie jest wart, by się z nim spotykać, że tchórz taki, a nie kandydat na chłopaka. Co racja, to racja.

Mistrzami obciachu też potrafimy być! Wiadomo – rodzice, to nawet oddychając, mogą się czymś narazić swoim nastoletnim dzieciom. Trochę je też oczywiście podpuszczamy. Ostatnio uwaga męża na temat stroju tzw. Wyjściowego, skierowana do naszej córki, spotkała się z komentarzem, że to nie jest jej ślub, żeby się stroić, że stroić to ona się będzie na naprawdę ważne uroczystości. Mój mąż nie pozostał dłużny i stwierdził, że na jej ślub to sobie karze uszyć garnitur z dresówki, jeszcze takie lampasy przy nogawkach karze doszyć, żeby był bardziej elegancki. W końcu to nie jego ślub będzie. Ona postanowiła się odwinąć i stwierdziła, że będzie mu bardzo pasować do stylu, w jakim zazwyczaj tańczy. Dodała, że to sobie wystawi świadectwo, a nie jej. Matko!

Jak tak dalej pójdzie, to własne dzieci nas na swoje śluby nie zaproszą, jeśli w ogóle kiedyś wyjdą za mąż albo się ożenią? Bo jeśli chłopcy są tacy strachliwi i tacy niedojrzali, to ja nigdy nie będę miała szansy wejść do ich domów i robić tych wszystkich rzeczy, które odgrażam się, że zrobię, jak już będą mieszkać „na swoim" ze współmałżonkiem i dziećmi. Na pewno widzieliście te filmiki krążące w sieci o marzeniach rodziców, którzy odwiedzają swoje dorosłe dzieci i wnuki. Wchodząc rzucają buty byle gdzie, kruszą czipsami na kanapie, paćkają pastą do zębów umywalki, zostawiają otwartą lodówkę, wciskają pilota w kanapę i wiele, wiele innych jeszcze równie irytujących rzeczy. No właśnie! Ja też o tym skrycie marzę. A! I jeszcze powiem, że obiad nie był smaczny i zjadłabym coś innego. I czy nie mogli nas zabrać do restauracji – byłoby mniej roboty.

Żartuję sobie oczywiście. Każdy przez to przechodził – nasi rodzice z nami (pamiętam, jak mówiłam, że szynka ze sklepu jest lepsza od tej, którą robił mój tato - jaka ja głupia byłam), my z naszymi dziećmi (ja wiem doskonale po kim moja córka ma takie teksty o niejedzeniu mięsa – żeby móc wyjechać na biwak musiałam zjeść na obiad królika. Ryczałam i jadłam. Tak mnie mama z wegetarianizmu wyleczyła), a nasze dzieci ze swoimi dziećmi będą na bank miały. Taka kolej rzeczy… Usiądziemy sobie z mężem w fotelu i będziemy się temu wszystkiemu przyglądać i cieszyć się, że to już nie nasze zmartwienie, czy ktoś zje kotleta na obiad, czy nie. To będzie piękny czas, ale najpierw muszą znaleźć dobrych mężów i dobre żony, żeby nam się chciało ich z przyjemnością odwiedzać.

Także ten… Kochani! Dobrze tam wychowujcie swoje dzieci, żeby inni nie mieli z nimi nieprzyjemności, jak dorosną.