W co się bawić – czyli Matki Polki gra o wizerunek
dr Paulina Michalska Dobra ze mnie Matka Polka. Tak sobie mówię. Nie włączam non stop dzieciom bajek, by nie zawracały mi głowy. Tylko, kiedy mam gorączkę i naprawdę nie mam siły się nimi zająć, a…
Dobra ze mnie Matka Polka. Tak sobie mówię. Nie włączam non stop dzieciom bajek, by nie zawracały mi głowy. Tylko, kiedy mam gorączkę i naprawdę nie mam siły się nimi zająć, a energia zbytnio je rozpiera. No dobrze, włączam też, gdy mam pilną robotę, spotkanie online, na którym muszę mieć ciszę i spokój. W innych sytuacjach staram się grać z nimi w gry.
Bardzo nie lubi przegrywać
Nie wiem jak wy, ale ja zauważyłam, że kiedy bardzo długo nie gramy w jakąś grę, to później mamy taką frajdę, jakbyśmy grali w nią pierwszy raz.
W każdej rodzinie jest ktoś taki, kto bardzo, ale to bardzo nie lubi przegrywać. Na pewno macie już przed oczyma tego kogoś. U nas to jest nasz młodszy syn. Matko, jak on się wścieka, gdy przegrywa! Rzuca pionkami, kostką do gry lub kartami, w zależności od tego, w co gramy. Stroi fochy, wychodzi z pokoju, trzaska drzwiami, krzyczy jeszcze zza tych drzwi, odgrażając się, że następnym razem już z nami nie zagra, że to był ostatni raz i że jesteśmy bandą oszustów.

Oczywiście co innego robi, gdy wygrywa. Demoniczny śmiech tryumfu, błyszczący wzrok i pogarda dla reszty. Normalka. Wiemy, że z tego wyrośnie. Wszyscy poprzedni jakoś wyrośli. Ale na dzisiaj jest to irytujące.
Zasady proste jak drut
Zorganizowaliśmy sobie ostatnio kilka takich wieczorów z grami. Zamówiłam też jedną nową i wczoraj dotarła. Dzieciaki ją znały, bo w czasie długiego weekendu grały w nią z kuzynką. Ja jej wcześniej nie znałam, ale widziałam, jaką mają frajdę, więc zamówiłam i dla nas.
Proste jak drut zasady, kilkanaście kart dla każdego, dzwonek jak w recepcji hotelowej na środku i zaczyna się wyścig. Kto pierwszy zgarnie cztery karty z każdego rodzaju.

Ta gra ma kilka wersji, nazwijmy to, kolorystycznych. Kuzynka naszych dzieci miała karty z psami i kotami, a my kupiliśmy z bohaterami jednej ze znanych bajek. Gramy sobie z Najmłodszą przed południem same, bo ona chora, ja chora a reszta w szkołach. Spokojniutko, jak to dziewczyny. Po południu wrócili wszyscy i zaczęliśmy grać w mieszanym składzie.
Mieszany skład żartuje z Matki Polki
A jeśli chłopacy dołączyli, to znaczy – będzie rywalizacja! No i docinki ze strony tego, który nie lubi przegrywać. Na jednej z kart widnieje rysunek brzydkiej jak noc kobiety. Chyba jakieś czarownicy. Za bardzo tej bajki nie znam.

Wielki nos, gruby brzuch i ten makijaż rodem z lat osiemdziesiątych! W rozdaniu dostałam trzy karty z tą postacią, więc musiałam jeszcze „upolować" jedną do kompletu. Ten-co-to-nie-lubi-przegrywać krzyczy od razu: - O! Brakuje ci jeszcze tylko „Matki Polki"! Czujecie? Najbrzydsza, najgrubsza i odrażająca postać w całej grze dostała od moich dzieci przydomek „Matki Polki"! Skandal! Kogo ja wychowałam? Potwory jakieś, normalnie! Tarzali się ze śmiechu z tego żartu. Naprawdę! W końcu nie wytrzymałam i sama zaczęłam się śmiać na całe gardło.
Wiedza to potęga, ale instynkt silniejszy
Takich przypadków przydzielania mi dziwnych ról mamy w naszej rodzinie więcej. Pamiętam, jak najstarsza córka miała chyba ze trzy latka. Upiekłyśmy piernikową stajenkę na Boże Narodzenie. Obiecałam jej, że po świętach ją zjemy. Siedziała więc wpatrzona w lukrowane postacie i już na głos rozdzielała, kto kogo zje: Tata zje Józefa, bo jest tatą, ja zjem Dzieciątko Jezus, bo jestem dzieckiem i w dodatku urodzonym tego samego dnia, a ty mamo zjesz... (Oczywiście idąc tym kluczem, pomyślałam, że mi przypadnie w udziale Maryja! Każdy by tak pomyślał!)… krowę! Cudownie! Na dzieci to zawsze można liczyć!
Nie brakuje też emocji w grach na konsoli. Tak… Mamy, gramy i się chichramy. Jedna z ulubionych to „Wiedza to potęga". Generalnie chodzi o to, by dobrze odpowiadać na pytania, zdobywać punkty i przeszkadzać w odpowiedzi innym, którzy nas wyprzedzają w tym wyścigu.

I tutaj też wychodzą z nas najniższe instynkty. Są tacy, co to, jak tylko mogą, wybiorą wszystkie „przeszkadzajki" – lód, ciapę, bomby. Ale są tacy, jak nasza najmłodsza, która nikomu nic nie podrzuca. I wiecie co? Ona najczęściej wygrywa! Zadziwiające jest to, że ona jeszcze nie potrafi tak szybko czytać, a w dodatku nie zna się przecież na kategoriach w stylu „Znane pary filmowe". Po prostu ma takie szczęście.
Czy coś jest nie fair
I to denerwuje naszego młodszego syna najbardziej. Że ona, jeszcze nie potrafiąca dobrze czytać wygrywa z nim, ze mną, z moim mężem! Ja się z tego śmieję, ale czasem, gdy proponuję, że zagramy w tę grę, młodszy syn odpowiada, że ta gra jest głupia, bo nawet siedmiolatki mogą ograć czterdziestolatka i że to jest nie fair. Wiadomo. W grach z dziećmi nie chodzi o wygraną (jeśli myślimy o nas – rodzicach). To niesamowita okazja, by poznać charaktery każdego z dzieci. Zobaczyć, kto musi nauczyć się przegrywać i „brać na klatę" porażki, a kto umie cieszyć się tak, by innym nie było przykro.
No i na końcu pokazuje też, jak my sami radzimy sobie z porażkami. A dzieciaki patrzą na nas i „zapisują na swoich dyskach" nasze reakcje. Dobrego weekendu.
Zagrajcie w coś!
Zdjęcia: Pixabay.com, Pexels.com, Paulina Michalska


Komentarze
Napisz komentarz
Komentarze są moderowane — Twój wpis pojawi się po zatwierdzeniu przez redakcję.