Przygody Matki Polki podczas wakacji z dzieckiem. To nie tylko relaks, liczne atrakcje i super wczasy, ale też wyzwania w trakcie rodzinnego wypoczynku.

W tym roku nie przeżyłam białego szkwału na Mazurach, nie wpadłam też na żadnej śluzie do wody, choć profilaktycznie załoga chciała mnie jeszcze przed Guzianką wrzucić, żebym nie musiała się zastanawiać, czy wpadnę, czy nie. Stawiłam czynny opór i oto żyję nadal. Pogoda w tym roku dopisała i nie było przechyłów, podczas których miałabym mokry tyłek, dociążając burtę.

Ale… i tak było ciekawie.

Atrakcja goni atrakcję

Zaczęło się od obozu skautowego mojego syna. Niby nie mój urlop, ale czas pełen atrakcji. Po zakończeniu obozu okazało się, że syn brał udział w akcji zakopania dwóch par butów innemu skautowi. Gdybym była drobiazgowa, napisałabym, że nie zakopywał, ale użyczył łopaty tym, którzy kopali. Tak czy siak, dołączono mnie do grupy na WhatsApp-ie w celu wyjaśnienia sytuacji między rodzicami – jak to załatwić z synami. Doskonała okazja do wakacyjnej rozmowy wychowawczej. (Wyczuwacie mój sarkazm?) Dobrze, że był na grupie jeden tata, bo inaczej matki rozdmuchałyby aferę do skali Watergate. A tak, jeden trzeźwo myślący tata wymyślił, że weźmie syna, pojedzie na „miejsce zbrodni", odkopie corpus delicti, oceni jego stan użyteczności i jeśli trzeba będzie – chłopaki ze swojego kieszonkowego odkupią nowe buty koledze. Super plan. Pojechali, odkopali i nie trzeba było specjalnie się składać, bo gleba okazała się tak piaszczysta, że nic się butom nie stało. Odkurzyli, przetarli szmatką i młody mógł śmigać.

Ale na tym nie koniec! Jedna mama wpadła na pomysł, że oto wszyscy chłopcy, którzy brali w tym udział powinni pojechać do poszkodowanego, przeprosić i uderzyć w piersi z mocnym postanowieniem poprawy. Dla mnie przesada. Przeproszą go przy kolejnej zbiórce i będzie grało. Śmiejemy się na filmach w stylu Mikołajka, a gdy nasi synowie odstawią jakąś „szopkę", to każemy im klęczeć na grochu, posypywać głowy popiołem i nosić włosiennicę. Nie mówię oczywiście o grubych aferach w stylu wkładania komuś głowy do toalety – wtedy oczywiście trzeba zareagować, ale taki żart z butami – bez przesady. Zapomnieli odkopać ostatniego dnia obozu i to cała afera. Poza tym żaden chłopak nie potrafił powiedzieć, dlaczego mu te buty zakopali. Osobiście podejrzewam, że zalazł im za skórę i chcieli mu dać nauczkę.

Skoro z przytupem zaczęliśmy wakacje, można się było spodziewać, że dalej może być równie ciekawie.

Wypoczynek na łonie natury i pakiet niezapomnianych doznań

Później młodsza córka pojechała na obóz skautowy. Tu się obyło bez zakopywania butów, za to powrót z „lokatorami". Wyczesywanie wszy z włosów do pasa – polecam każdemu jako ćwiczenia z cierpliwości. Czesałam i gryzłam się w język. Nocleg w lesie, pod namiotem, liczne atrakcje i dziecko wróciło jak na skrzydłach. Wspomina wszystkie przygody do dzisiaj.

Ale najlepszą przygodę przeżyłam z najstarszą córką, która od roku ma prawo jazdy. Pojechałyśmy kilkadziesiąt kilometrów do kuzynki nad jezioro. Pogoda pod psem. Lało jak z cebra. Droga nad jezioro wiodła przez pola albo na około asfaltem. Oczywiście wybrałyśmy drogę przez pola. Krótsza, bardziej malownicza, z dala od głównych szlaków turystycznych. Córka prowadziła. W pewnym momencie ukazała się przed nami wielka kałuża, i tylko wąski pasek trawy z boku drogi. No to mówię: Spróbuj jechać chociaż dwoma prawymi kołami po tej trawie, bo nie wiadomo, jak głęboka jest ta kałuża.

Że była wielka na całą szerokość drogi, to widziałyśmy. Ale nie pomyślałam, że moja córka nie ma jeszcze wyczucia szerokości auta i tego, czy mieści się kołami na jakimś pasie trawy, czy nie i zwyczajnie ześliznęła się autem z trawy na pole, a tam błoto takie, że utknęłyśmy. Auto powiesiło się na przednim zderzaku. Pat. Na tylnym siedzeniu miałyśmy jeszcze dwoje najmłodszych, których pogoda deszczowa nastrajała do wygłupów! Śpiewali, wydzierali się, a my w nerwach. Może jakiś rolnik z traktorem nadjedzie? Na kuzynkę nie miałam co liczyć, bo jej auto to jak połowa naszego… W oddali zobaczyłam budowę. Jakaś koparka. Biegnę w moich białych adidasach po błocie pomieszanym z jakimś żużlem – czarne to było jak smoła. Dobiegam na miejsce, a tam trzy auta – koparka, laweta i dostawczak!

- Panowie! Pomożecie mi wyciągnąć auto z błota? – zdyszana wysapałam.

- A co? Do rowu się wjechało?

- Uskok taki między drogą a polem. Zawisłam na zderzaku (mówiłam w pierwszej osobie, bo co będę wkopywać i tak przerażoną i załamaną córkę?).

- Zładujemy te pręty i za 15 minut podjadę – odezwał się pan od lawety.

Słodka godzino! Byliśmy uratowani. Pędem pobiegłam z powrotem.

W aucie przywitały mnie okrzyki:

- Mamo! Ja nie wiedziałam, że ty umiesz biegać!

Jak to dobrze, że czymś jeszcze potrafię te moje dzieciaki zaskoczyć!

Podjechał pan z lawetą. Podłączył pasy holownicze, pociągnął i… pasy się zerwały. Drugie podejście zakończyło się ślizganiem kół lawety. Podjechało drugie auto i jak w wierszyku o rzepce: dostawczak za lawetę, laweta ciągnęła nas i po godzinie byliśmy uratowani.

Z tych emocji rzuciłam się panu „wybawicielowi" na szyję, uściskałam go i zaproponowałam oczywiście pieniądze za pomoc. Nie chciał.

Dzięki takim sytuacjom mam poczucie, że są dobrzy ludzie na świecie, którzy widząc Matkę Polkę w opałach – pomagają bezinteresownie, z serca i szczerze.

Wellness wersja dla uboższych

Kulminacyjnym punktem wakacji była wizyta u fryzjerki. Trzeba się było zrobić na nowy rok szkolny. Taki mini wellness. Masują ci głowę, myją włosy, układają i farbują i znowu myją. Półtorej godziny relaksu. W drodze do fryzjerki wpadłam do mojej matki chrzestnej (która jest również moją kuzynką) z zaległymi życzeniami urodzinowymi i imieninowymi. Nie było jej, więc kwiatki zostawiłam pod drzwiami z karteczką, że to ode mnie. Zadzwoniła z podziękowaniem i zaproszeniem na kawę w chwili, gdy akurat pani fryzjerka zerknęła na zegarek po nałożeniu farby, by sprawdzić, kiedy ma ją zmyć. Mówię do kuzynki:

- Przepraszam. Nie dam rady wpaść na kawę. Siedzę z farbą na głowie, a zaraz po wizycie u fryzjera muszę pędzić do domu. Następnym razem.

Pani fryzjerka na to (małe miasteczko, wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, więc wiedziała, gdzie mieszka moja kuzynka):

-Przecież to rzut beretem. Niech pani idzie z tą farbą, ale proszę za 40 minut być z powrotem.

Mówię do niej:

-W sumie kto mnie tu pozna? Idę!

I już przy drzwiach słyszę:

-Cześć Paulina! Kopę lat!

To mój kolega z klasy ze szkoły podstawowej. Trzydzieści lat minęło, odkąd się ostatnio widzieliśmy, a on mnie poznał! Krótka rozmowa, co tam u nas i pędziłam z foliowej pelerynie, z włosami w farbie na kawkę imieninową. Jakaś rodzinka siedziała na ogrodzie, rzuciłam szybkie Dzień dobry i słyszałam salwę śmiechu za plecami.

Fajnie, jak można dać ludziom trochę radości, prawda? Kuzynka i jej mąż też nie ukrywali swojego rozbawienia.

Później przyszedł 1 września i znów wskoczyłam na tory szkolno-zawodowe. I jak znam życie i swoją rodzinę – jeszcze się będzie działo.