Wakacyjne przygody na jeziorach, czyli jak przetrwać burze i wyplątać się z wodorostów
dr Paulina Michalska Lato w pełni, czas wakacji, wyjazdów a co za tym idzie przygód. Urlop z żeglarską rodziną Od trzech lat głównym naszym rodzinnym wyjazdem stał się rejs po Mazurach z grupą…
- Od września 2026 r. biologia i geografia zostaną połączone w nowy przedmiot „Przyroda"
- Obowiązkowa edukacja zdrowotna zastąpi dotychczasowe WDŻ – rodzice mają prawo do wglądu w program
- Zmiany obejmą szkoły podstawowe (klasy 4–8) oraz licea i technika
- Rodzice mogą złożyć pisemny sprzeciw wobec wybranych treści – wzór pisma w artykule
dr Paulina Michalska
Urlop z żeglarską rodziną
Od trzech lat głównym naszym rodzinnym wyjazdem stał się rejs po Mazurach z grupą niesamowitych ludzi z Gdańska, Wrocławia i Poznania. Jest też rodzina z Belgii. Dołączyliśmy do tej ekipy i od razu zostaliśmy przyjęci z otwartymi ramionami. Poczuliśmy się jak wśród dobrych znajomych. Dziś stali się nam bliżsi, znamy ich z imienia, nazwiska, z liczby dzieci, wnucząt etc. Wiemy, co tam u kogo przez rok się wydarzyło, komu urodziło się dziecko, kto przeszedł na emeryturę… Słowem – stali się naszą niemalże żeglarską rodziną.

Pokochaliśmy te wyjazdy. Nawet ja – średnio potrafiąca pływać matka wielodzietna. Mąż obiecywał mi, że zabierze mnie na łódkę, na Mazury, gdy już będę potrafiła pływać. Niestety w tej materii jestem dość oporna, ale z „pamelką" (taka pomarańczowa bojka do pływania), pasem wypornościowym i z płetwami już jakoś sobie radzę. Dziecięce rękawki już niestety nie wchodzą na moje bicepsy. Po kilkuletnich namowach kolegi – zdecydowaliśmy się.
Rejsy pełne przygód
Łódek zazwyczaj jest kilkanaście, w porywach nawet ponad dwadzieścia. I powiem wam szczerze, że bez tych ludzi nie wyobrażam sobie żeglowania. Co my byśmy bez nich zrobili?
Ale miało być o przygodach. No to poczytajcie.
Pierwszy rejs – ten na zachętę, żebyśmy złapali bakcyla żelarstwa, przeszedł bez żadnych przygód. Pogoda idealna, załoga (czyli my i nasze dzieci, bo każda rodzina pływa na osobnej łódce) się spisała, zapragnęliśmy rok później popływać przez dwa tygodnie, zamiast jednego.
Przez burzę do mariny

Drugi rejs był już pełen przygód. Pierwszy tydzień minął jak z bicza strzelił. Nadszedł drugi i zaczęły się przygody. Płynęliśmy właśnie na Śniardwach, gdy w połowie drogi zastała nas burza. Zawracać? Płynąć dalej? Płyniemy dalej.
Gdy zobaczyłam mojego męża w kapoku na pokładzie – wiedziałam, że jest „grubo". Byliśmy mokrzy do ostatniej nitki. Za nami burzowe chmury, przed nami pioruny. Gdy dopłynęliśmy do mariny, do której mieliśmy dopłynąć tego dnia – przywitały nas oklaski tych załóg, którym udało się to przed nami. Było ich niewiele.
Uwolnić miecz od wodorostów
Żyłam tylko nadzieją, że drugi dzień będzie słoneczny. I był! Czułam, jakby spadło ze mnie 100 kg! Wypływamy, ale nie możemy opuścić miecza (to ta płetwa pod spodem łódki dla niewtajemniczonych), a bez niego nie mamy stabilności.
Okazało się, że wciągając go przed płycizną, zgarnęliśmy wodorosty. Nijak nie można się do tego miecza dostać od środka, trzeba przechylić łódkę i wygrzebać te wodorosty. Najlepiej na jakimś piaszczystym brzegu.

Z pomocą przyszła nam jedna z załóg. Związaliśmy linami nasze burty i jak jakiś katamaran dopłynęliśmy na najbliższą plażę. A tam, ku uciesze znudzonych plażowiczów (głównie tych płci męskiej, którzy - jak wiadomo - dla rodziny zrobią wiele, więc leżą z żonami i dziećmi na piasku, choć strasznie ich to nudzi), położyliśmy łódkę na boku. Dwunastu chłopa ciągnęło za linę, przywiązało ją do pobliskiej latarni, a pozostali jakimś drutem wyciągnęli kilka kilogramów wodorostów i uwolnili nasz miecz.
Jelitówka wyłącza sternika
Po kilku godzinach żeglowaliśmy już do następnego portu. Wychodząc na pomost, powiedziałam tylko, że mam nadzieję, że to ostatnia przygoda i że boję się jutra. Nie musiałam długo czekać. O północy zaczęła się na pokładzie walka z jelitówką. Niestety, największą walkę toczył mój mąż – jedyny sternik w naszej załodze.

To był przedostatni dzień rejsu. Za dwa dni trzeba było łódkę oddać. Musieliśmy rano wypłynąć ze wszystkimi. Ha! Ale jak? Po drodze była jeszcze śluza do pokonania, że o drodze powrotnej przez Śniardwy nie wspomnę.
Poszłam więc do naszego komandora (tak! Mamy prawdziwego komandora!) powiedziałam, że szukam skippera (kogoś, kogo się wynajmuje do sterowania łódki). Myślał, że żartuję. Bardzo bym chciała, ale jakoś nie było mi do śmiechu, uwierzcie.
I tak doszło do barteru załogantów naszej łódki i łódki o wdzięcznej nazwie „Marian". Od nas najstarsza córka przeszła do „Mariana", a u nas zagościł Andrzej. To on przejął ster, gdy mój mąż z miską u boku leżał pod pokładem i ledwie dychał.
Po pachy w wodzie w śluzie
Nic nie zapowiadało przygód, które nas jeszcze miały czekać. Wspominałam o śluzie? A tak! Nie cierpię śluz. Szczególnie w kierunkach, w których następuje wypełnianie się wnętrza śluzy i podnoszenia poziomu wody. Oznacza to, że wewnątrz śluzy upycha się najwięcej łódek, ile się da, bo później przecież odsuną się od siebie, gdy poziom wody się podniesie.

Dla mnie – jedno z gorszych doświadczeń. Dopłynęliśmy jako pierwsi i Andrzej poprosił mnie, bym przycumowała łódkę do betonowego nabrzeża. Musieliśmy czekać aż wypłyną łódki, które były w śluzie.
Gdy wrota zaczęły się otwierać Andrzej rzucił komendę, bym odcumowała łódkę, lekko odepchnęła dziób i wskoczyła na pokład. Wszystko poszło gładko – odcumowałam, odepchnęłam, ale nie wskoczyłam. W ostatniej chwili złapałam się burty, ale po pachy byłam w wodzie.
Mój mąż, gdy usłyszał plusk, zebrał ostatnie swoje siły i wyskoczył na pokład myśląc, że któreś z dzieci wpadło do wody. Wciągnął mnie na pokład i wrócił do leżenia.
Płynąć, czy nie płynąć?

Myślałam, że to już ostatnia przygoda. O słodka naiwności! Ku naszemu zaskoczeniu – na Śniardwach zastała nas znowu burza, ale tym razem skryliśmy się na brzegu jakieś małej wysepki. Przeczekaliśmy tam dwie godziny. Później jeszcze tylko uciekaliśmy przed łódką pełną pijanych ludzi (niestety sternik też był w stanie „wskazującym na spożycie"), wzywaliśmy policję, by ostatecznie dopłynąć do przystani docelowej.
Jak się słusznie domyślacie – kawy to ja nie piłam jeszcze przez kilka tygodni. Pierwsza myśl była taka, by w następnym roku (czyli w obecnym) nie płynąć. Później śmiałam się już z tego i opowiadałam jako anegdotkę: byłam, widziałam, przeżyłam.

Ten rok nie był aż tak obfity w przygody. Dwie burze, ale na lądzie i jedno lądowanie na brzegu w trzcinach, gdy podmuch wiatru zdmuchnął nas jak piórko. Wtedy już się rozpłakałam. Wróciliśmy do domu w jednym kawałku każdy. Kolejny sukces za nami.
Tak. W przyszłym roku też popłyniemy. Życzę sobie, by przygody z 2021 roku już się nie powtórzyły. A wam w połowie wakacyjnego czasu życzę wielu przygód – niekoniecznie podobnych do naszych, ale takich, które będziecie wspominać z rodziną jeszcze dłuuuugie lata.
Zdjęcia: Pixabay.com, Pexels.com
Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło pakiet zmian, który wejdzie w życie już od nowego roku szkolnego 2026/2027. Reforma jest najszersza od ponad dekady i dotyczy zarówno podstawy programowej, jak i struktury przedmiotów oraz systemu oceniania. Dla wielu rodziców zmiany te są zaskoczeniem – tym bardziej, że konsultacje społeczne trwały zaledwie kilka tygodni.
Co dokładnie się zmienia?
Najgłośniejszą zmianą jest połączenie biologii i geografii w jeden przedmiot o nazwie „Przyroda i środowisko". Ministerstwo argumentuje, że takie podejście pozwoli na bardziej holistyczne nauczanie o świecie naturalnym. Środowisko nauczycielskie jest jednak podzielone – część pedagogów uważa, że reforma pozbawi uczniów pogłębionej wiedzy z obu dziedzin.
„Połączenie biologii z geografią to krok wstecz. Uczniowie będą uczyć się wszystkiego po trochu, ale niczego dogłębnie. To przepis na powierzchowność."
— dr Marek Wiśniewski, biolog, Uniwersytet Warszawski
Drugą, równie kontrowersyjną zmianą jest wprowadzenie obowiązkowej edukacji zdrowotnej, która zastąpi dotychczasowe Wychowanie do Życia w Rodzinie. Nowy przedmiot ma obejmować zagadnienia zdrowia fizycznego, psychicznego oraz – co budzi największe kontrowersje – edukację seksualną według standardów WHO.
Prawa rodziców – co możesz zrobić?
Wielu rodziców pyta, czy mają jakiekolwiek narzędzia, by wpłynąć na to, czego uczy się ich dziecko. Odpowiedź brzmi: tak. Polskie prawo oświatowe daje rodzicom kilka konkretnych możliwości działania.
- Prawo do wglądu w materiały dydaktyczne i podręczniki
- Prawo do złożenia pisemnego sprzeciwu wobec wybranych treści
- Prawo do uczestnictwa w radzie rodziców i wpływu na szkolny program wychowawczy
- Prawo do wnioskowania o zwolnienie dziecka z konkretnych zajęć (za zgodą dyrektora)
Warto pamiętać, że rada rodziców ma prawo opiniować szkolny program wychowawczo-profilaktyczny. Jeśli program ten jest niezgodny z Waszymi wartościami, możecie złożyć oficjalną opinię negatywną. Choć dyrektor nie jest nią związany, stanowi ona ważny głos w dyskusji.
Harmonogram wdrożenia reformy
Publikacja nowej podstawy programowej
MEN opublikowało projekt nowej podstawy programowej w Dzienniku Ustaw.
Konsultacje społeczne
Trwały zaledwie 3 tygodnie. Wpłynęło ponad 12 000 uwag od rodziców i nauczycieli.
Szkolenia nauczycieli
Obowiązkowe szkolenia dla pedagogów z nowych przedmiotów i metod oceniania.
Wejście w życie reformy
Nowe przedmioty i programy nauczania obowiązują we wszystkich szkołach publicznych.
Opinie ekspertów i organizacji rodzicielskich
Koalicja Rodziców i Organizacji Społecznych (KROPS) wydała oficjalne stanowisko, w którym sprzeciwia się wprowadzeniu edukacji zdrowotnej w proponowanym kształcie. Organizacja zgromadziła ponad 85 000 podpisów pod petycją do Ministerstwa.
Jeśli chcesz wyrazić swoje zdanie na temat reformy, masz czas do 15 maja 2026 r. Uwagi możesz składać przez platformę konsultacji MEN lub bezpośrednio do rady rodziców w swojej szkole.
Reforma budzi emocje po obu stronach. Zwolennicy wskazują na potrzebę modernizacji polskiej edukacji i dostosowania jej do wyzwań XXI wieku. Przeciwnicy obawiają się ideologizacji szkoły i naruszenia praw rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi wartościami.
Jedno jest pewne – wrzesień 2026 przyniesie polskim szkołom zmiany, których skutki będziemy odczuwać przez lata. Warto być świadomym rodzicem i aktywnie uczestniczyć w życiu szkoły swojego dziecka.

Komentarze
Napisz komentarz
Komentarze są moderowane — Twój wpis pojawi się po zatwierdzeniu przez redakcję.