Reforma polskiej szkoły jest chaotyczna i źle przygotowana. Tak zmiany wprowadzane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej ocenia Agnieszka Jackowska, ekspert edukacyjny Konfederacji i jej narodowego skrzydła, czyli Ruchu Narodowego. W rozmowie z Polskim Forum Rodziców tłumaczy, co jej zdaniem w tej zarządzonej przez lewicę reformie nie działa i co ugrupowanie, które ona reprezentuje, zrobiłoby inaczej.


W politycznych wywiadach Polskiego Forum Rodziców pytamy polityków, jak oceniają zmiany zachodzące w polskiej szkole i jaki mają na nią własny pomysł. Tym razem odpowiada Agnieszka Jackowska, która poza działalnością polityczną w Konfederacji prowadzi placówkę edukacji alternatywnej na warszawskim Bemowie. Uczą się w niej dzieci ze spektrum autyzmu, z ADHD, z dysleksją i z niepełnosprawnością intelektualną, w większości takie, które wcześniej nie odnalazły się w szkołach ogólnodostępnych. To rzadkie połączenie w rozmowie o edukacji: polityk, który codziennie pracuje z dziećmi.

Reformie brakuje przygotowania organizacyjnego

Barbara Nowacka od pierwszych dni rządów Koalicji Obywatelskiej z premierem Donaldem Tuskiem na czele i urzędowania jako minister, zmienia polski system edukacji. Posłowie w Sejmie i Senacie przegłosowali przygotowaną w resorcie edukacji ustawę „Kompas Jutra", ale prezydent Karol Nawrocki ją zawetował i dziś kierownictwo MEN próbuje jej założenia wdrażać rozporządzeniami. 

Agnieszka Jackowska poproszona o ocenę pracy minister edukacji Barbary w szkolnej skali odpowiada bez zastanowienia: „Zdecydowanie nie zdałaby tego egzaminu”. Dodaje, że wdrażana przez Barbarę Nowacką reforma jest chaotyczna i nieprzygotowana. „Prawda jest taka, że każda zmiana w edukacji wymaga nie tylko pomysłu, ale przede wszystkim przygotowania. Przygotowania takiego organizacyjnego. Tego po prostu całkowicie brakuje”.

Ekspertka zwraca uwagę na paradoks: ministerstwo wprowadza do szkół pracę projektową i blokowanie godzin, a więc metodę, która wymaga podziału zadań, planowania i wdrażania krok po kroku. Samo tej metody nie stosuje wobec własnej reformy.


Fikcyjna troska o głos społeczny. Konsultacje z ekspertami, nauczycielami i rodzicami są zbierane po to, żeby odfajkować procedurę

Drugi zarzut dotyczy sposobu, w jaki resort zbiera opinie na temat zmian w szkole, które odbywają się pod hasłem „Reforma26. Kompas Jutra”. Zdaniem Jackowskiej głos strony społecznej jest w tym procesie niechcianą, ale konieczną formalnością. „Tak samo głos nauczycieli, dyrektorów szkół, głos rodziców, wszystkie głosy uczestników procesu edukacyjnego są pomijane”.

Opinie ekspertów, jak mówi, zbiera się głównie po to, żeby móc udokumentować, że oni się wypowiedzieli, a nie po to, żeby z nich skorzystać i żeby cokolwiek z nich wynikało. Dodatkowo resort edukacji pyta tych, których opinie będą zbieżne z tym, co chce zadcydować ministerstwo. „I to jest dyskwalifikujące dla jakiejkolwiek reformy” – podkreśla Agnieszka Jackowska.

Polskie Forum Rodziców

Doświadczenia i projekty wracają jako nowość, choć wycięto je z podstawy 2 lata temu

Od 1 września 2026 roku w klasach młodszych szkół podstawowych przedmioty przyrodnicze łączone są w bloki nie tylko przedmiotowe, ale też godzinowe. Ministerstwo argumentuje, że robi to między innymi po to, by dało się prowadzić doświadczenia, obserwacje i projekty. Resort przedstawia to jako nową jakość. Jackowska wskazuje, że to powrót do stanu sprzed reformy tego samego ministerstwa. „Takie rzeczy jak doświadczenia czy obserwacje były w podstawie programowej, zanim nie nastąpiło cięcie tej podstawy programowej o 20 procent”.

Chodzi o rozporządzenia podpisane przez minister Barbarę Nowacką 28 czerwca 2024 roku, które uszczupliły podstawę programową osiemnastu przedmiotów i weszły w życie 1 września 2024 roku. Zdaniem ekspertki ten sam mechanizm dotyczy treści zdrowotnych. Zdrowe żywienie, mikroelementy, aktywność fizyczna, proces rozrodczy i menstruacja były wcześniej omawiane na lekcjach biologii, wychowania fizycznego, wychowania do życia w rodzinie, a teraz wracają jako osobny przedmiot.

„Półtora roku temu te rzeczy zostały wycięte z programu, po to, żeby teraz z wielkim hukiem móc powiedzieć: od teraz będą eksperymenty i od teraz będą obserwacje” – mówi Jackowska.

Przy okazji dyskusji o cięciu podstawy programowej ekspertka odrzuca też sam sposób liczenia. Skreślenie treści z dokumentu nie sprawia, że przestają być potrzebne do zrozumienia kolejnych zagadnień.

Wątpliwości ma również wobec tego, co do podstawy dopisano. Chodzi o rozszerzoną edukację informatyczną w klasach młodszych, w sytuacji, gdy część rodziców celowo trzyma dzieci z dala od ekranów. Jej zdaniem szkoła może w ten sposób wytworzyć u siedmiolatka przekonanie, że komputer jest mu do nauki niezbędny. „Z mojej perspektywy nie jest to zdrowe, żeby siedmiolatek jako swoje podstawowe narzędzie nauki miał komputer”

– mówi ekspertka.

Powołuje się przy tym na doświadczenia krajów, które wycofały smartfony ze szkół i w konsekwencji poziom koncentracji uczniów na lekcji wyraźnie wzrósł.


Zapis w rozporządzeniu nie kupi dygestorium ani skrytki na telefony

Najczęściej powtarzanym zarzutem ekspertki jest różnica między przepisem a warunkami do jego wykonania. Szkoły, które miały pracownie, prowadziły doświadczenia także wcześniej. Te, które nie mają dygestoriów ani odczynników, dalej nie będą ani ich mieć, a tym bardziej z nich korzystać. „Samym dekretem i wpisaniem czegoś do podstawy programowej niczego się nie zmieni” – mówi Agnieszka Jackowska.

Do tego dochodzi kwestia kadrowa. Nauczyciele fizyki i chemii często pracują w kilku szkołach naraz i przemieszczając się między nimi nie zdążą przygotować doświadczenia ani rozłożyć sprzętu. „Jeżeli nawet zadekretujemy, że ktoś ma zrobić siedem doświadczeń dziennie, to nie znaczy, że on je przeprowadzi, bo to może być fizycznie niemożliwe”

– zaznacza.


Ten sam schemat widzi w ograniczeniu posiadaniu telefonów w szkołach, które wchodzi od września. Kierunek zmiany ocenia dobrze, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

„Szkoły nie dostały żadnych narzędzi, żadnych dofinansowań do tego, żeby zapewnić czy to etui, czy jakieś inne skrytki na telefony. Dyrektorzy są zagubieni” – mówi ekspertka.

Brakuje też przepisów wykonawczych, mówiących, jak zbiórkę telefonów zorganizować i kto odpowiada za sprzęt o dużej wartości, oddany do wspólnego pudełka. Jackowska spodziewa się, że w praktyce skończy się to uwagami w dzienniku elektronicznym, a nie zmianą zachowań. „To jest właśnie przykład takiej reformy, gdzie próbujemy coś zadekretować, tylko że to może mieć znikomy związek z rzeczywistością”.

Konfederacja chce przywrócić kanon lektur

Osobny spór dotyczy listy lektur i czytania części pozycji wyłącznie we fragmentach. Ekspertka nie kwestionuje celu, jakim jest zachęcenie dzieci do czytania, skoro poziom czytelnictwa spada, a możliwość wyboru lektury bywa dobrym narzędziem. Stawia jednak granicę. „Nie można tym usprawiedliwiać wyrugowania polskiej kultury” – mówi.

Postulat Konfederacji formułuje wprost: w klasach od czwartej do ósmej kanon lektur powinien istnieć, a obok niego pozycje do wyboru, także współczesne. Jedno nie wyklucza drugiego. W edukacji wczesnoszkolnej dobór lektur zostawiłaby nauczycielowi.


Podział edukacji zdrowotnej jest ruchem politycznym, a nie dydaktycznym

Od września edukacja zdrowotna wchodzi do szkół jako przedmiot obowiązkowy, z wyłączeniem komponentu dotyczącego zdrowia seksualnego, który pozostaje dobrowolny. Jackowska ocenia sam ten podział jednoznacznie: „To rozdzielenie jest ruchem typowo politycznym. Ono nie ma żadnego dydaktycznego sensu”.

Jest to zarzut praktyczny: treści z obu części nachodzą na siebie, bo tematy takie jak pornografia czy bezpieczeństwo w Internecie wchodzą w zakres obowiązkowy, a jednocześnie należą do edukacji seksualnej. Rodzic, który wypisze dziecko z części dobrowolnej, nie ma więc pewności, czego dziecko wysłucha na lekcji obowiązkowej. Ekspertka przyznaje przy tym, że nie chodzi o zakwestionowanie samej wiedzy o zagrożeniach, tylko o brak zaufania do materiałów i do tego, w jakim ujęciu treści zostaną dzieciom przedstawione, co jest ważne, jeśli rodzina wyznaje wartości konserwatywne.

Wcześniejszy przedmiot wychowanie do życia w rodzinie osadzał tę tematykę w kontekście społecznym, rodzinnym, miłości i odpowiedzialności, a nowy wyjmuje go z tego kontekstu i sprowadza do biologii. Stąd postulat powrotu do konstrukcji wychowania do życia w rodzinie, choć nie w niezmienionej formie. Przedmiot funkcjonował ponad dwadzieścia pięć lat i zdaniem ekspertki wymaga aktualizacji o wyzwania, których wcześniej nie było.

Same treści zdrowotne Konfederacja chciałaby zaś rozłożyć z powrotem na przedmioty, na których były wcześniej. Biologia miałaby wrócić do biologicznych aspektów funkcjonowania organizmu, wychowanie fizyczne do aktywności, a technika do gotowania i zdrowego żywienia. Jackowska zwraca przy tym uwagę, że nowy przedmiot obciąża nauczycieli zadaniem, do którego nie zostali przygotowani.


Przy tej okazji przypomina rodzicom o narzędziu, które już mają. Każda szkoła opracowuje program wychowawczo-profilaktyczny pod potrzeby własnej społeczności, a rada rodziców ma wpływ na jego kształt. Jackowska apeluje, żeby rodzice o to prawo w szkołach swoich dzieci walczyli, bo właśnie w ramach tego programu polska szkoła zajmowała się dotąd problemami, które akurat w danym miejscu były realne.

O prawach rodziców w szkołach szerzej rozmawialiśmy z mec. Markiem Puzio z Ordo Iuris: https://www.polskieforumrodzicow.pl/edukacja/oswiadczenie-o-rezygnacji-z-edukacji-zdrowotnej-o-statucie-szkoly-i-prawach-rodzicow

Szkoła ogólnodostępna potrafi pogłębić niepełnosprawność, więc potrzebne są szkoły środka

Edukacja włączająca budzi dziś wiele emocji i sporów, a Agnieszka Jackowska ma doświadczenie w tym aspekcie funkcjonowania szkolnej rzeczywistości, wynikające z jej praktyki zawodowej: prowadzi szkołę z edukacją alternatywną, do której często trafiają dzieci ze szkół ogólnodostępnych, w których z różnych powodów się nie odnajdywały. Jackowska przywołuje sprawę uczennicy z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim: „Po trzech latach czy czterech bycia w szkole ogólnodostępnej ten stopień niepełnosprawności intelektualnej się pogłębił” – opowiada. Dziś to dziecko funkcjonuje ze stopniem umiarkowanym. 

Ekspertka tłumaczy ten skutek przez stymulację intelektualną niedostosowaną do możliwości ucznia, bo w masowej szkole nie ma możliwości, by ją zapewnić, a w szkole specjalnej jest standardem. Do tego dochodzą bariery, których nie usuwa się zbudowaniem podjazdu: poziom hałasu i liczba bodźców, wynikająca z wielkości szkoły i klas.

Stąd propozycja, dla której w polskim systemie nie ma dziś miejsca: „Niestety, nam brakuje nie tylko szkół specjalnych, ale takich troszeczkę szkół środka” – stwierdza.

Chodzi o placówki, realizujące zwykłą podstawę programową kształcenia ogólnego przy warunkach dostosowanych do potrzeb dzieci na przykład ze spektrum autyzmu. Ekspertka wskazuje też lukę w orzecznictwie: „Obecnie dziecko z diagnozą ADHD czy z diagnozą FAS może dostać orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego tylko ze względu na zagrożenie niedostosowaniem społecznym lub na niedostosowanie społeczne” – tłumaczy. Wynika to z rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z 9 sierpnia 2017 roku, w którym katalog przesłanek jest zamknięty i samo ADHD w nim nie występuje. Sprawą zajmował się Rzecznik Praw Obywatelskich, a resort w lipcu 2024 roku zapowiedział zmiany w systemie wsparcia. Jednak do dziś ich nie ma, a bez orzeczenia szkoła nie ma z czego sfinansować pomocy dla takiego ucznia.

Pieniądze mają iść za dzieckiem, a nie przez budżet gminy

Program Konfederacji w sprawie finansowania oświaty sprowadza się do zmiany drogi, którą pieniądz pokonuje od budżetu centralnego do szkoły. Dziś subwencja oświatowa trafia do gminy, a gmina rozdziela środki między prowadzone przez siebie placówki, dokładając do nich zwykle drugie tyle, ile otrzymuje ministerstwa.

„Chcielibyśmy, żeby te pieniądze szły za dzieckiem, żeby one niekoniecznie zależały tylko od samorządów”. Tak ma działać bon edukacyjny. „Samorządy są coraz bardziej niewydolne finansowo” – mówi ekspertka.


W mniej zurbanizowanych regionach, przy dzisiejszej demografii, gmin nie stać na utrzymanie klasy dla dwójki czy trójki dzieci. Jackowska wskazuje też na spory między samorządami a dobrymi szkołami, do których dojeżdżają uczniowie z sąsiednich gmin, bo tam samorząd finansuje edukację dzieci, których rodzice podatki płacą w innej jednostce samorządu terytorialnego.

Docelowo Konfederacja chce większej różnorodności szkół: obok szkół środka także placówek dla dzieci zdolnych oraz takich, które opierają program na potrzebach regionu. Zapytana, czy jej ugrupowanie będzie zabiegać o wpływ na edukację po wyborach w 2027 roku, nie zostawia wątpliwości: „Oczywiście, tak. Chcielibyśmy tego wpływu mieć jak najwięcej w różnych obszarach”


Całej rozmowy z Agnieszką Jackowską, ekspertem edukacyjnym Konfederacji i Ruchu Narodowego, można wysłuchać na kanale Polskiego Forum Rodziców.