Pierwszy samodzielny wyjazd wakacyjny bez rodziców to dla dziecka prawdziwy sprawdzian dojrzałości - i równie duże wyzwanie dla tych, którzy zostają w domu.

Obóz harcerski w Łowyniu - początki samodzielności

Autor tych słów, Witold Tkaczyk, doskonale pamięta swój pierwszy wyjazd bez rodziców. Był to obóz harcerski w Łowyniu, w okolicach Międzychodu. Po ukończeniu szóstej klasy szkoły podstawowej wyruszył tam wraz z drużyną harcerską - pełen ekscytacji, ale i pewnych obaw. Perspektywa przygody i nowych doświadczeń szybko jednak odsunęła wątpliwości na dalszy plan. Do czasu…

Miejsce było urokliwe - las, niedaleko jezioro, a do tego piękna, lipcowa pogoda. Harcerze zakwaterowani zostali w dużych, zielonych, wojskowych namiotach, po dziesięciu w każdym, i spali w śpiworach na polowych, rozkładanych łóżkach. Warunki dość spartańskie, ale inne być nie mogły - działo się to w połowie lat 70. Choć i dziś organizowane są wakacyjne wyjazdy, które - przy celowym ograniczeniu wygód - mają uświadomić młodym ludziom, że można przetrwać bez ciepłej wody i prysznica, mając nad głową jedynie kawałek brezentu.

Spartańskie warunki, harcerskie atrakcje

Pobyt obfitował w różnorodne zajęcia: leśne wyprawy, podchody, kąpiele w jeziorze, budowanie szałasów, pełnienie wart, dyżury w obozowej kuchni, ogniska, artystyczne występy oraz zdobywanie sprawności. Był to więc doskonały teren do nauki zaradności, pracowitości i samodzielności - a przy tym do sprawdzenia, jak odnajdujemy się wśród innych. Relacje z rówieśnikami były poprawne, choć - jak to bywa w każdej grupie - jeden z chłopców stał się obiektem żartów kolegów. Kadra pilnowała jednak dyscypliny i nie dochodziło do żadnych niepokojących zdarzeń.

„Chcę już wracać do domu…"

Pobyt miał trwać miesiąc - okres, który okazał się dla młodego harcerza zbyt długi. W połowie obozu, przy okazji wizyty rodziców, załamał się i zapragnął wracać do domu. Być może towarzyszyły temu jakieś drobne niepowodzenia lub konflikty, których dziś już nie pamięta. Jednak został i dotrwał do końca - i to właśnie okazało się kluczowe.

Późniejsze wyjazdy na letnie kolonie nie budziły już większych obaw ani tęsknoty za szybkim powrotem. Wręcz przeciwnie - było żal, że czas pełen wrażeń tak szybko mija. Kontakt z rówieśnikami, w dodatku bez rodziców, do dziś stanowi o atrakcyjności samodzielnych wakacyjnych wypraw.

Dzieci wyruszają samodzielnie - wcześniej niż myśleliśmy

Mając własne dzieci, autor wiedział, że i dla nich nadejdzie czas pierwszej samodzielnej przygody. Zrobiły to nawet wcześniej niż on sam - już w drugiej i trzeciej klasie szkoły podstawowej. Nie obyło się bez przełamywania wątpliwości i tłumaczenia, że będzie dobrze, ciekawie i że warto spędzić ten czas nad morzem z rówieśnikami.

Sytuacja była nieco łatwiejsza, bo rodzeństwo pojechało razem - dzięki temu dzieci nie odrywały się całkowicie od rodzinnej atmosfery i nie zostawały zupełnie same. Wyjazd organizowała szkoła, a wśród uczestników było kilkoro znajomych koleżanek i kolegów z klasy - to wszystko znacznie ułatwiło start.

Rodzic zadba o wiele - przygotowania to nie błahostka

Wyzwaniem jest odpowiednie przygotowanie dziecka do wyjazdu. Łatwiej i szybciej niż kiedyś można kupić potrzebny sprzęt i odzież, a rodzice dysponują też doświadczeniami z krótszych wyjazdów, choćby szkolnych wycieczek. Niemniej planowanie pierwszego dłuższego wyjazdu zawsze stanowi wyzwanie. O wszystkie poniższe sprawy muszą zadbać dorośli:

  • opłaty i formalności organizacyjne,
  • dokumentacja - zgody, regulaminy, formularze zdrowotne,
  • skompletowanie listy rzeczy niezbędnych podczas wakacji,
  • zadbanie o odpowiednie wyposażenie i odzież dostosowaną do warunków.

Rodzicom towarzyszą też nieuchronnie obawy o los dzieci. Czy sobie poradzą? Czy w razie trudności uzyskają pomoc opiekunów lub rówieśników? Czy będą miały dobre warunki, odpowiednią pogodę i wyżywienie? Czy nie przyjdą im do głowy zbyt szalone pomysły? To naturalne pytania, z którymi mierzy się każdy rodzic wyprawiający dziecko „w świat".

Dlaczego nie dzwonisz? O kontakcie z dzieckiem na wyjeździe

Moment wyjazdu rodzi mieszaninę emocji - trochę obaw, trochę smutku z powodu dłuższego rozstania, przeplatanego radością, że pociecha wyrusza na spotkanie przygody i wróci z nowymi doświadczeniami. To chwila, w której rodzice muszą nauczyć się świadomego puszczania.

Obecnie prawie każde dziecko ma telefon komórkowy, co znacznie ułatwia komunikację. Niektóre dzieci jednak same ograniczają kontakt z domem - są zajęte, dobrze spędzają czas i dzwonią jedynie w razie trudności. Rodzice nie powinni być nadopiekuńczy i zbyt często wydzwaniać do swoich pociech. Warto zostawić im swobodę - to szansa, by na chwilę „zapomniały" o domu i dały się pochłonąć wakacyjnej przygodzie, by wyzwoliły się od domowych rytuałów i problemów.

Oczywiście miło jest, gdy dziecko samo dzwoni i opowiada, jak spędza czas - lepiej jednak pozostawić to jego decyzji i nie narzekać na brak informacji. W razie potrzeby można dyskretnie skontaktować się z opiekunami, pamiętając, że i oni mają czas wypełniony obowiązkami.

Jeśli się spodoba - na pewno pojedzie znów

Dobre doświadczenia pierwszego samodzielnego wyjazdu zachęcają do kolejnych - w następne wakacje i przez kolejne lata. Oddalenie i rozłąka z rodzicami przestają być problemem, a świadomość, że dziecko usamodzielniło się i dobrze sobie radzi, jest powodem do zadowolenia dla wszystkich stron.

Pierwszy wakacyjny pobyt dzieci autora okazał się w pełni udany - wróciły całe, zdrowe i zadowolone. Rok później bez wahania ponownie wyjechały na podobne nadmorskie kolonie. I chyba o to właśnie chodzi.

Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay.com

Baner790x105 Zakonczenie artykułu WERSJA 4