Matka Polka dba o zdrowie
Zaczęłam chodzić po lekarzach. Wiadomo – profilaktyka lepsza od leczenia, a przecież trzeba dbać o zdrowie. Cytując kabaretową Mariolkę – wzięłam się za siebie! Ciągle jeszcze „wiszą" nade mną…
Zaczęłam chodzić po lekarzach. Wiadomo – profilaktyka lepsza od leczenia, a przecież trzeba dbać o zdrowie. Cytując kabaretową Mariolkę – wzięłam się za siebie!

Ciągle jeszcze „wiszą" nade mną badania profilaktyczne, szumnie nazwane 40+, ale i na nie się zapiszę. Może odsuwam tę myśl, bo jednak 40+ brzmi tak staro? Przecież myśląc o sobie mam wrażenie, jakbym nadal miała 20 lat. Cóż... Peselu nie oszukam. Moja najstarsza córka skończy za chwilę 21, więc pora stawić czoła wiekowi średniemu. Czy mi się to podoba, czy nie.
Nie cierpię tego umawiania się, stania w kolejkach, poczekalni i zapachu ośrodków zdrowia. Ale wiem też, że o co zadbam dziś, o to jutro nie będę się martwić. Doszłam do tego wniosku sama, bo moi rodzice byli z tych, którzy wolą nie wiedzieć, że coś im jest i „żyć spokojnie". No i zmarli, nie dożywając nawet 75 urodzin. Ja chciałabym trochę na emeryturze pożyć i to pożyć komfortowo – nie narzekając ciągle na jakiś ból.
Dość sentymentów, trzeba się było przebadać, to się przebadałam.
Szlachetne zdrowie...
Na pierwszy ogień poszła wizyta u ginekologa. Robię badania regularnie, ale „strzeżonego Pan Bóg strzeże", więc coroczną cytologię, usg piersi i badania hormonalne trzeba było zaliczyć. Mój lekarz, poza wieloletnim doświadczeniem, ogromną wiedzą i spokojnym usposobieniem, ma również poczucie humoru. Na moje słowa, że „Mąż zabronił mi mieć menopauzę" odpowiedział tylko „Szanuję, ale peselu nie oszukasz". Cóż zrobić? Pozostaje się śmiać. Dalej nie było już tak zabawnie, bo okazało się, że muszę mieć zabieg. Nie było jednak tak źle, miałam naprawdę świetny czas w szpitalu. Przeczytałam książkę, pośmiałam się z innymi paniami z sali, pożartowałam z pielęgniarkami i następnego dnia byłam już w domu. Poszło gładko i na rok mam na pewno spokojny sen w tej kwestii.
Jeszcze jedno, wcześniejsze zdarzenie: myśląc o bezpiecznych wakacjach zaszczepiliśmy się całą rodziną przeciwko pokleszczowemu zapaleniu mózgu. Teraz kleszcza można złapać w centrum miasta, mąż złapał w parku w Krakowie i miał objawy zapalenia mózgu, stąd nasza decyzja. Wiadomo – obozy dzieci w lesie, wyjazdy nad morze i droga na plażę przez las... Decyzja była jedna: lekarz rodzinny, szczepionki i kilka miesięcy wcześniej byliśmy już gotowi na bezpieczne wakacje.
Na drugi ogień poszła wizyta u okulisty. Jak się nietrudno domyśleć – również prywatnie. Ale stan zdrowia ważniejszy niż finanse, więc się wykosztowałam. I tu również niespodzianka: nie jest tak różowo, jak myślałam. Lekarz zaproponował mi badanie za bagatela 4000 zł, więc odmówiłam. Skonsultowałam to z emerytowaną okulistką, okazało się, że mam czas, więc teraz szukam miejsca, w którym to badanie miałabym w ramach NFZ. Po coś jednak te składki płacę! Ale przez kilka dni po wizycie byłam załamana. Już się żegnałam ze swoim wzrokiem, z najbliższymi i przyjaciółmi. Okulista nie był tak empatyczny, jak mój ginekolog.
Kolejna wizyta to wizyta u dentysty. Wakacje pod hasłem „dbaj o siebie" trzeba godnie zagospodarować. Nie wiem, czego bardziej nie lubię: wizyty u dentysty, czy u ginekologa? Generalnie zęby mam zdrowe, jedynie kamień na nich szybko się zbiera, ale to raczej kosmetyka. Jednak tym razem było „na grubo": do usunięcia górna ósemka. Jedną dolną miałam usuwaną chirurgicznie w zeszłym roku. Siedziałam więc w fotelu, gotowa na tortury. Miałam wrażenie, jakby pół szczęki mi miało wyjść razem z tym jednym zębem. Miał zakrzywione korzenie i nie chciał puścić. Ale przeżyłam, chociaż pół głowy bolało mnie przez tydzień. Dobrze, że człowiek ma tylko cztery ósemki. Dwóch już się pozbyłam, więc jestem na półmetku.
Zaczęłam się zdrowo odżywiać
Jest jeszcze dieta. Pisałam już kiedyś, że się za to wezmę. Ale praktycznie, nie tylko teoretycznie. No to się wzięłam. I czuję się lepiej i nawet trochę schudłam. Coś drgnęło. Więcej się ruszam, nie jem słodyczy, ograniczam prawie do zera węglowodany. Kontroluję ilość spożywanych produktów. Jestem z siebie duma.
Na tym na razie koniec. Nie ma więcej historii. Będą wizyty kontrolne, ale tym już was nie będę zanudzała. Na liście jeszcze te nieszczęsne badania 40+, może wizyta u kardiologa, oby nie u neurochirurga! Mam nadzieję, że ból kręgosłupa już nigdy nie wróci i nie będę musiała mieć kolejnej operacji.
Nie jestem tą, która czerpie przyjemność z opowiadania o swoich dolegliwościach. To po co o tym piszę? Bo to ważne! Ważne, by korzystać z pomocy lekarskiej, zanim posypie nam się zdrowie. Niektórym chorobom da się zapobiec, a wcześnie wykryte dają duże szanse na wyzdrowienie. Mamy dla kogo żyć, mamy plany na przyszłość, mamy marzenia do spełnienia – więc zadbajmy o to, by dożyć tych chwil.


Komentarze
Napisz komentarz
Komentarze są moderowane — Twój wpis pojawi się po zatwierdzeniu przez redakcję.