Jak ja kocham ferie zimowe! Nie wiem, jak u was, ale nasze województwo jest w tym roku na samym początku, jeśli chodzi o terminy ferii. Zaczynamy już za chwilkę. Dopiero co minęły święta i Nowy Rok, a tu znowu wolne. Czy to nie jest piękne?

Nie zawsze trzeba dokądś pojechać na ferie zimowe

Za „moich czasów"…. czekaliśmy na ferie tygodniami. I każdy się modlił, żeby spadł śnieg, zamarzły jeziora i żeby się nikt nie pochorował. To było najważniejsze. Co myśmy w ferie wyczyniali! Jak jeziora zamarzły, to łyżwy od rana do wieczora! Nie miałam swoich łyżew, ale można było wypożyczyć w naszym liceum albo w ośrodku sportu i rekreacji (tzw. OSiR). Nikt się wtedy nie przejmował jakąś grzybicą i nikt jej wtedy nie miał. Palce miałam tak zmarznięte, że gdy wracałam do domu po pięciu, sześciu godzinach, to dziadek kazał mi maszerować wokół stołu, żeby rozgrzać zsiniałe stopy. Płakałam, gdy zaczęły się „odmrażać". Kiedyś koleżanka podjechała za blisko ujścia rzeki do jeziora, gdzie lód był bardzo cienki i wpadła do lodowatej wody, później leżała chyba tydzień w szpitalu..

Jeśli jeziora nie zamarzły (a były takie lata!), to zawsze pozostawał śnieg! Bo śnieg wtedy był zawsze! Kto miał sanki, a jego tata samochód – ten był pan! Średnio raz w tygodniu namawialiśmy jakiegoś tatę z okolicy, żeby zrobił kulig. Bałam się jechać na końcu, bo tam na zakrętach zarzucało najbardziej. Nie zapomnę tego do końca życia. Dziś kazałabym swoim dzieciom założyć kaski na taką przejażdżkę.

Kto nie miał sanek, ten kombinował, co miał – worek wypchany słomą albo znaki drogowe! Tata kolegi pracował w firmie, która robiła remonty dróg. I kiedy jakiś znak był pęknięty albo dziury na śruby były już tak wielkie, że już nie dało się ich załatać – znak trafiał na śmietnik, czyli do naszego sąsiada. Przewlekaliśmy przez te dziury sznurek i heja z górki! Jechało się na tym lepiej niż na sankach. Pewnego razu od sąsiada dostaliśmy zakaz wjazdu. Tata przeciął go na pół i zrobił z niego łopatę do odśnieżania. Ale na szczęście sąsiad miał więcej znaków.

No i bitwy na śnieżki i ślizgawki na ulicy. Każdy przynosił wiadro wody, wylewał na drogę i robiła się ślizgawka. Aut na naszej ulicy było tak niewiele, że nikomu to nie przeszkadzało. W ferie potrafiliśmy się ślizgać nawet do dwudziestej drugiej! A bitwy? Czasem, jak się dostało w głowę taką solidnie zbitą kulką, to się człowiek nogami nakrywał. I żadna matka nie leciała na skargę do drugiej. Jak ja sobie zazdroszczę dzisiaj tego dzieciństwa!

Karpacz? Zakopane? Tatry? Dokąd wybrać się na ferie zimowe?

A dzisiaj? Dzisiaj możliwości jest więcej. Jest mnóstwo ośrodków narciarskich, rodzice mają samochody, którymi na ferie w górach można bez problemu dojechać. Nie to, co kiedyś.

My też jeździmy co roku na narty. Nie Dolomity czy Alpy, wybieramy nasze polskie góry i mamy radochę. Omijamy kurorty w stylu Karpacz czy Zakopane lub inne miasta tego typu. Nie lubimy tłumów i straganów z „durnostojkami". Od lat jedziemy daleko pod słowacką granicę z dwoma sklepami, z dwiema restauracjami i bez straganów. Zero kolejek do wyciągów, zero szaleńców na stokach i przyjemny domek z kominkiem.

A może Bałtyk?

Kiedy dzieci były malutkie, najczęściej jeździliśmy nad morze. Ilość jodu unosząca się w powietrzu w czasie zimy jest podobno większa niż latem. A że dzieciaki często chorowały, szukaliśmy miejsca, by trochę tego jodu złapać. Braliśmy oczywiście sanki. Mieliśmy już swoje stałe górki, z których zjeżdżaliśmy w najlepsze. Kiedy kilka lat później pakowaliśmy się nad morze w letnie wakacje, najmłodsze dzieci chciały brać sanki. Bo wiadomo: morze to śnieg, lód i jazda na sankach.

Ferie zimowe w górach

Ale zanim tam dotrzemy, napalimy w kominku i podjedziemy z łańcuchami pod górę, trzeba się jeszcze spakować. Czyli to, co każda Matka Polka kocha i nie może się już doczekać, żeby odpowiadać na pytania: Mamooooo....A widziałaś moje gogle? Zapakowałaś już bieliznę termiczną, bo nigdzie nie widzę? Ktoś widział mój kask?

Obiecuję sobie co roku, że zaczniemy przygotowania wcześniej, że będziemy odkładać rzeczy do wzięcia osobno na korytarzu, że narty kupimy odpowiednio wcześniej... Może w tym roku się uda? Tabletki, które podobno mają mnie chronić przed stresem, biorę już od początku grudnia, więc może przeżyję. Bo wyjazd na ferie zimowe to nie lada wyzwanie dla rodziny 2+5. I nieważne, czy trzeba wziąć narty, kaski, gogle, czy choćby tylko sanki, łyżwy albo nawet żadnego zimowego sprzętu – zimą bierzemy więcej ciuchów i to grubych, zabierających mnóstwo miejsca w bagażniku. Ktoś mi kiedyś podpowiedział, że można ubrać się w te wszystkie bluzy, swetry, kurtki, kombinezony, ocieplane spodnie i nie włączać ogrzewania w aucie. Nie trzeba pakować tego do walizek albo toreb. Kusi mnie co roku, żeby spróbować ale jakoś się dotąd nie odważyłam.

Kiedy już upchnę wszystkie kombinezony, buty narciarskie, narty, kaski i wałówkę do toreb, które później bohatersko mój mąż wciśnie do auta, zrobię milion awantur, i kiedy już jedziemy i nie ma odwrotu – cieszę się chwilą. Oczywiście po drodze co chwilę pada z drugiego albo trzeciego rzędu: Nudzi mi się! Zatrzymujemy się na siku, jedzenie etc. i średnio raz na dwie godziny mam ochotę zamontować dźwiękoszczelną ściankę za swoim siedzeniem, to jest pięknie. I wiem, że tydzień później będę żałowała, że wracamy, że ten zimowy, malowniczy krajobraz już za nami.

A może na ferie zimowe za granicę?

Są i tacy, którzy zimy nie cierpią, uwielbiają ciepło, słońce i palmy. Oni pakują wtedy swój dobytek w wersji „lato", wsiadają w samolot i lecą wygrzewać się na jakąś Maderę czy inne Hawaje. I niech się wygrzewają, niech później nawet nam o tym opowiadają, niech się cieszą! Niech każdy spędza ferie jak chce! Przecież nie każdy to urodzony narciarz, który lubi maznąć w kolejkach do wyciągu, rzucać się w zaspy i odmrażać sobie nos! Jak ktoś lubi baseny i słońce – proszę bardzo! Nasi znajomi zrobili w zeszłym roku rodzinne głosowanie i wyszło, że wszyscy wolą polecieć dokądś, gdzie jest ciepło. I polecieli i super się bawili!

Najważniejsze, żeby to były rodzinne ferie zimowe. Żebyśmy na chwilę zapomnieli o rzeczywistości, żeby dało nam to frajdę i naładowało nasze akumulatory, żebyśmy dotrwali do wakacji letnich. A czy w mrozie, czy w upale – nieważne! Ważne, że razem! Bo to doskonała okazja na spędzenie czasu razem!

A może ferie przyjdą do waszego ogródka?

W czasie pandemii zrobiliśmy lodowisko w ogródku. Schodziły się dzieciaki z okolicy, bo furtkę zostawiliśmy otwartą. Kilka desek, folia do tuneli ogrodowych, woda, mróz i nie trzeba było nigdzie jechać na ferie!

Bawcie się dobrze, czy to już za chwilę, czy może za tydzień lub dwa.