Bezradność - to chyba najczęstsze uczucie towarzyszące mi w procesie wychowania własnych dzieci. Czasem mam wrażenie, że nie doczekam efektów tych wychowawczych zmagań.

Kiedy zapali się światło?

Kiedyś znajomy powiedział mi obrazowo, że wychowywanie dzieci jest jak naciśnięcie pstryczka, po którym światło zapala się dopiero po kilku latach. Nie zawsze o tym pamiętam, ale gdy już sobie przypomnę - wstępuje we mnie nowa siła. Powtarzam sobie wtedy, że to światło na pewno się kiedyś zapali i że dane mi będzie tego dożyć.

To oczywiście żart. Mam nadzieję, że moim dzieciom nie zajmie aż tyle czasu wdrażanie w życie prawd, zasad i wartości, które razem z mężem staramy się im wpoić. Pierwsze efekty - nieśmiało muszę przyznać - już chyba gdzieś tam widzimy.

Wzorowo poza domem

Żartujemy czasem, że nasze dzieci to taki towar eksportowy. Wszystko, co chcielibyśmy, by robiły w domu bez ociągania się i marudzenia - robią właśnie poza domem, na wyjazdach, w szkole czy u znajomych. Zbieramy pochwały od pań wychowawczyń, że nikt tak jak nasza córka nie pomagał w przygotowaniu posiłków dla wszystkich, że innym trzeba było powtarzać po kilka razy, a ona zawsze pierwsza oferowała pomoc. A nasz syn to już wprost chodzący wzór dla kolegów.

Pierwsze żarówki, choć jeszcze nieśmiało, zaczynają świecić. W domu też coś zaczyna się rozjaśniać - czasem światło zapala się na chwilę, a czasem świeci dłużej, choć bardzo delikatnie.

Nauka na błędach - naszych i dzieci

Niewątpliwie w procesie wychowania ogromną rolę odgrywa popełnianie błędów. Przede wszystkim naszych własnych - bo wiadomo, że na własnych błędach uczy się człowiek najlepiej. Bardzo dobrze zapamiętuje smak porażki i gdy trzeba, przypomina sobie jej gorycz. Niech podniesie rękę ten, kto nigdy nie popełnił żadnego błędu wychowawczego - pewnie wielu z nas zapamięta je do końca życia. Mam nadzieję jednak, że były dla nas lekcją, którą dobrze odrobiliśmy.

Popełnianie błędów jest też czymś, czego musi zasmakować nasze dziecko. Wychowując je, powinniśmy pozwolić mu je popełniać i - co równie ważne - odczuwać ich konsekwencje.

Efekty po latach - historia, która wiele mówi

Anegdota, która tak bardzo zapadła mi w pamięć i jest dla mnie dowodem na celność porównania wychowania do pstryczka, dotyczy mojej cioci i jej synów. Nie mogła się ona nigdy naprosić, by gasili światło i wyłączali komputery, gdy wychodzili na dłużej do kolegów. Nie działało nic - rachunki za prąd były bardzo wysokie i już myślała, że to się nigdy nie zmieni.

Aż przyszedł ten szczęśliwy dzień, gdy chłopcy wyjechali na studia do innego miasta i zamieszkali sami w mieszkaniu, które musieli utrzymywać z własnych, ciężko zarobionych pieniędzy. Podczas jednej z wizyt w domu rodzinnym któryś z synów wpadł do salonu i powiedział:

Mamo? Po co świeci się światło w kuchni i na korytarzu, skoro wy siedzicie w salonie? Wiesz, ile kosztuje prąd?

Po czym wyłączył je wszędzie tam, gdzie nie powinno być włączone. Światło zaświeciło się dla tego chłopaka po kilku latach od pstryknięcia pstryczkiem przez ciocię. Gdy tylko odczuł na sobie - i swojej kieszeni - konsekwencje własnego postępowania, sam zrozumiał coś, co ona próbowała mu tyle razy tłumaczyć.

Warto pstrykać i czekać

I tak jest właśnie z wychowaniem. Efekty naszych starań może nie są widoczne od razu, ale za to jak bardzo smakują, gdy już się uda. Bo gdyby nie fakt, że chodzi tu o wychowanie własnego dziecka, to już dawno bym skapitulowała.

Polecam więc pstrykanie włącznikami i cierpliwe czekanie na pierwsze błyski żarówek. Będzie ciężko - ale warto.

Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay.com

Baner790x105 Zakonczenie artykułu WERSJA 4